środa, 16 sierpnia 2017

Głęboka woda


Na biurku, obok komputera, leżą klucze. Nie jakieś zwyczajne, a zupełnie wyjątkowe. I tylko dla mnie ma to znaczenie, bo jedynie ja mogę z nich skorzystać. Pierwsze wynajmowane mieszkanie, daleko od domu, w mieście, w którym nie znam nikogo. Klucze do innego życia. Ale jakiego?

Co zrobić ze strachem przed zmianą? Niby wiemy, że otwiera się przed nami szansa, jednak łatwiej się bać, niż cieszyć się perspektywą poprawy swojego życia. A przecież życie składa się ze zmian, których wartość ocenić możemy dopiero po czasie. Tuż przed snujemy domysły, piszemy w głowie scenariusze, angażując siły psychiczne w opanowanie irracjonalnego lęku przed nowym.

Lubię fantazjować. Jest to dla mnie typowa cecha. Niestety, zazwyczaj martwię się na zapas, a moja wizja przyszłości maluje się w czarnych barwach. Z doświadczenia wiem, że strach ma wielkie oczy i, przy odrobinie cierpliwości, wytrwałości, samozaparcia, udaje mi się pokonać problemy. Co z tego, skoro przy każdej nadarzającej się okazji wpadam w to błędne koło negacji? Ile pomarudzę, tyle moje.

Skaczę na głęboką wodę. Będzie, co ma być.

czwartek, 8 czerwca 2017

Dziękuję za...


Lubię kilka miejsc w blogosferze i przyzwyczaiłam się myśleć, że są "moje", że mogę czuć się w nich sobą, zamyśloną, zdystansowaną, autentyczną. Pozwalają mi na oddech w zaganianym, poukładanym w dziwne schematy świecie.
Tęsknię za ''Made of Nothing", blogiem, który robił na mnie kolosalne wrażenie, dzięki połączeniu poruszających refleksji, opowieści o życiu, miłości i gotowaniu. Mam nadzieję, że autorka napisała na jego podstawie książkę, bo blog zniknął, a rzesze fanów upominały się o wersję papierową.
Tęsknię za aktywnością Ambre, która w swoim "Bulwarze Saint - Germain" przypominała, że na rzeczy należy patrzeć aż do korzeni, kryjąc się za zdjęciem pięknej, wyzwolonej kobiety w kapeluszu, z papierosem, wsiadającej do taksówki. Uwielbiałam ją sobie wyobrażać. Ciągle uwielbiam.
Tęsknię za Emmą i jej "Ptasią piosenką", bo kalejdoskop jej zainteresowań, twórczości, spostrzeżeń był barwny jak tęcza, i dawał tyle radości, choć autorka borykała się ze swoją mroczniejszą stroną.
Cenię Kopacza, za refleksyjność i nutkę zgorzknienia. Musisz być świetnym facetem, którego ideały pokryła patyna codzienności. Tak Cię widzę.
Odwiedzam J. "Z kolorowego szkła", bo jest wrażliwą babką, która próbuje nie zagubić się w świecie, który przygniata marzycieli do ziemi. Za te poszukiwania, za dzielenie się lepszymi i gorszymi momentami, należy Ci się ogromne uznanie. Nie boisz się być człowiekiem.

Dziękuję Wam, że mogę/ mogłam spotkać się z Waszymi wirtualnymi wcieleniami.



środa, 7 czerwca 2017

Idę przed siebie


Czas działania i czas zmian. Mam nadzieję, że na lepsze. Wyprowadzka do dużego miasta, nowa praca, wyzwania. Życie jednak mnie zaskoczyło, choć był taki okres, gdy myślałam, że już nic mnie nie czeka. Wsłuchuję się w rytm serca, które potrafi świetnie "udawać" przerażanie, ale jeszcze mnie nie zawiodło. Tego się trzymam, i marudząc starym zwyczajem, idę przed siebie.

poniedziałek, 15 maja 2017

Uważaj na siebie, ślicznotko



- Złaź z drogi, ty cholerny idioto! – usłyszał nagle. Natychmiast dotarły do niego wysokie dźwięki wściekle naciskanego klaksonu. – Ślepy jesteś?! – wrzeszczał kierowca półciężarówki. Jared pospiesznie czmychnął w stronę chodnika.
Było za zimno na poważne zmartwienia. Rozchodził nowe buty, człapiąc w zamyśleniu przez miasto. Nie zważając na ruch uliczny, szedł przed siebie w poszukiwaniu rozwiązania.
- Nie wiem, co mam jej powiedzieć? Że się rozmyśliłem? Przecież mnie wyśmieje. Ona nigdy się nie waha.
Bał się wrócić do domu. Przecież ona ciągle tam była. Była i czekała na niego. Na jego decyzję, którą właściwie podjęła już wcześniej. A więc na jego zgodę. Przełknął ślinę, gdy uświadomił sobie, że stał się ruchomą marionetką w jej rękach.
- Marionetka w rękach lalki – zaśmiał się pod nosem na tę niedorzeczność.
Pełen wątpliwości zwrócił się w stronę swego domostwa. Nie miał wyjścia. Ale przecież musiał wrócić i zmierzyć się z tym, co go czekało.
Od drzwi wejściowych czuć było dziwną woń, niby spalone kwiaty, popiół, zioła. Nie wiedział, co to mogło być. Światło słoneczne ledwie przebijało się przez zaciągnięte zasłony, przez co wnętrze wypełniał półmrok.
- Hej, jesteś tu? – zapytał ostrożnie. „Przecież nie wyniosła się do innego hrabstwa” – udzielił sobie w myśli odpowiedzi. Nie odejdzie tak łatwo. Najpierw musi zrobić to, co obiecał. Zdjął kurtkę cichutko i powiesił w przedpokoju. Niepewnie wkroczył do salonu, w którym nic się nie zmieniło od jego wyjścia. Rodzice wciąż zapatrzeni byli w ekran migoczącego telewizora. W ich szklanych oczach odbijały się kolorowe paski, a z ust ściekały stróżki śliny.
- Mamo? – spróbował raz jeszcze potrząsnąć matką, ale nadal nie reagowała. Poruszyła się jedynie sztywno pod naciskiem jego ręki, a jej ciało wydało delikatne skrzypienie. Na dywan poleciało kilka wiórów.
- Już się zaczyna – pomyślał Jared.
Na ojczyma nawet nie spojrzał. Nigdy za nim nie przepadał, chociaż w gruncie rzeczy nie był do niego wrogo nastawiony. Podejrzewał, że Tom był w tym samym stanie, co jego żona i to mu wystarczyło.
Wziął głęboki oddech, nim zdecydował się pójść na górę.
Czekała na niego. Jej nieruchoma, alabastrowa twarz zwrócona była wprost na drzwi do pokoju Jodi. Martwe źrenice zdawały się wcale nie skupiać światła, lecz był pewien, że go widzi. Mało tego, zna każdy jego ruch, każdą myśl i wątpliwość.
- Jestem już – poinformował.
Podniosła się z fotela powoli. Miał wrażenie, że znów rośnie na jego oczach. Zrobiła kilka kroków naprzód, a on nie mógł nie dostrzec, że ruchy lalki stawały się coraz bardziej płynne, coraz bardziej ludzkie. Gdy była już dostatecznie blisko, zatrzymała się i podniosła swe połyskujące ramię do góry. Stała tak przez moment, a potem szybkim gestem wyjęła z oczodołu okrągłe szkiełko i rzuciła je na podłogę ze wstrętem. Z powstałej dziury patrzyło na niego żywe oko. A jednak Jodi tam była.
- Cześć Jared – wymówiła jego imię nieruchomymi ustami, a jego przeszedł dreszcz. Dźwięk jej głosu przypominał skrobanie palcami o drewno. – Jestem głodna. Bardzo głodna.
***
Zaledwie tydzień wcześniej odbyły się huczne urodziny Jodi. Kończyła szesnaście lat, wiek, w którym każdemu się wydaje, że życie staje przed nim otworem, i to wcale nie tym zlokalizowanym w końcowej części pleców. Jodi też tak myślała. Mało tego, dawała to wszystkim odczuć. Stała się naprawdę nieprzeciętnie irytującą nastolatką. Pewności siebie dodawała jej uroda – była rzeczywiście śliczna.
Centrum jej wszechświata stanowiło duże lustro ustawione na toaletce w jej pokoju, otoczone wianuszkiem korali, zdjęć, zasuszonych kwiatów. Jared niejednokrotnie wchodził do jej pokoju bez uprzedzenia, zwyczajnie, by dokuczyć starszej siostrze.
- Hej, maszkaro, nadal próbujesz zrobić coś ze swoją twarzą? – kpił. – Nie wiem, czy to możliwe.
- Idź stąd, Jared. Ile razy mam powtarzać, że masz pukać? Nigdy się nie nauczysz? – wybuchała złością i rzucała w drzwi poduszką, zeszytem, czymkolwiek, byle tylko odpędzić intruza i nadal kontemplować swoją urodę.
Denerwowała go jej próżność i skupienie na sobie. Nie miała już dla niego czasu. Nie zauważała go, o ile nie spłatał jakiegoś figla. Więc robił to. Ostatnimi czasy z zaciętą premedytacją.
Pewnego dnia, gdy wróciła ze szkoły, rzuciła plecak obok butów i pobiegła od razu na górę.
- Aaa! – jej krzyk słychać było w całym domu. – Mamooo! – wołała ze skargą. Jej wspaniałe lustro było w całości zamazane czerwoną farbą. Gęsta ciecz, spływająca po szklanej tafli, wyglądała jak krew. Na poplamionych fotografiach, na imponująco szerokich uśmiechach siostry i jej koleżanek, widniały ślady odbitych palców.
Jared uśmiechał się do siebie w trakcie całego zamieszania. Nie obchodziło go nawet to, że rodzice szybko znajdą winnego. Wystarczała mu świadomość, że utrze nosa tej nadąsanej pannicy.
- Jared, ty potworze! – grzmiała dziewczyna. – Jak mogłeś?
- Nie mam z tym nic wspólnego! – kłamał w żywe oczy. – Może twoje sanktuarium ma cię już dość? Może wreszcie zajmiesz się czymś pożytecznym?
Takie przepychanki trwały zwykle do późnego wieczora. Gdy zapadał zmrok, w domu robiło się cicho.
***
- Dzień dobry – przywitał się z wahaniem. W sklepie nie było nikogo. Półki zastawione mnóstwem przeróżnych przedmiotów, uginały się pod ciężarem. Duchota, jaka panowała w tym miejscu, była trudna do zniesienia. Miał wrażenie, że na wszystkim, co widzi, spoczywa gruba warstwa kurzu. Rozglądał się niepewnie dokoła. Wszelkiej maści i rozmiarów kukiełki, pajacyki, pluszowe misie, lalki – plastikowe, porcelanowe, pacynki, koniki – ustawione rzędami, wpatrywały się w niego szklanymi paciorkami. Spodobała mu się zwłaszcza imponująco biała primabalerina, stojąca dumnie na jednej nodze – mocno odrapanej. Przyglądał się jej chwilę w poszukiwaniu ceny.
- Śszzzz… łup – Jared odwrócił się z przestrachem. Na podłodze, niedaleko wyjścia, leżał brązowy, mocno spłowiały misiek.
- „Musiał zsunąć się z półki” – wytłumaczył sobie, choć cały czas czuł się niepewnie wśród setek starych, nieruchomych zabawek.
- Dzień dobry – usłyszał zza drzwi na zaplecze. Wyłonił się stamtąd mężczyzna. Był w średnim wieku, ubrany w ciemny, elegancki garnitur, kompletnie niepasujący do tego miejsca. Sklepikarz był przystojny, nawet typowy nastolatek płci męskiej, interesujący się dziewczętami, musiał to przyznać. – Czym mogę służyć? – zapytał sprzedawca z ujmującym uśmiechem, który odebrał chłopcu resztkę pewności siebie. – Szukasz czegoś konkretnego?
- Yyy… Potrzebuję prezentu dla siostry. Iii… Myślę, yyy, mam nadzieję, że uda mi się wybrać coś odpowiedniego u pana – wyjaśnił. – Zaproponuje mi pan coś ciekawego? – jąkał się wyrostek.
- Ależ naturalnie, Jared. – stwierdził tamten z zadowoleniem.
- „Czy ja się przedstawiałem?” – zaniepokoił się chłopak.
- Mam tu coś specjalnie dla twojej siostry – wskazał ręką iście królewską piękność o obliczu anioła, a na twarzy Jareda pojawił się wielki uśmiech. To było dokładnie to, czego szukał. Blond włosy spływające po wiotkich ramionkach, muślinowa sukienka z koronkami, różowe, kształtne usteczka i niebieskie oczka zwieńczone długimi, gęstymi rzęsami – wizerunek przypominający Jodi, jej ideał zamknięty w ciele bez duszy. Prezent miał zasugerować siostrze cienką granicę absurdu, do którego się zbliżała. Zadowolony ze znaleziska, zapłacił szybko, podziękował i wsadził pakunek pod pachę.
- Dziękuję raz jeszcze. Do widzenia – pożegnał się grzecznie.
- Żegnaj chłopcze – odpowiedział sprzedawca z satysfakcją.
- „Żegnaj? Może jeszcze tu wrócę” – pomyślał nastolatek, ale nie odezwał się głośno.
Gdy wychodził, spojrzał odruchowo pod nogi, ale miśka już nie było na podłodze.
***
- Chcę być twoją ukochaną siostrzyczką – przekonywała. – Będziemy się razem świetnie bawić, zobaczysz. Jej czoło marszczyło się, gdy mówiła. Z oczodołu wybiegały cieniutkie, krwistoczerwone żyłki, okalające siecią całą twarz. Poruszała ustami, jakby łapała powietrze.
- Ale ty nie jesteś moją siostrą! Nie jesteś Jodi – wybełkotał chłopiec. Zbierało mu się na płacz.
- W pewnym sensie jestem nią. Mam ją tutaj – wskazała miejsce, gdzie u ludzi znajdowało się serce. – Dotknij – złapała go za rękę i przyciągnęła do siebie. Wyczuł miarowe, choć bardzo słabe uderzenia i cofnął palce.
- No widzisz? To już nie potrwa długo. Jedno życie to niewiele, by istnieć. A ja chcę żyć.
***
Nim otworzyła oczy, doszły ją dziwne dźwięki. Miarowe uderzenia i wysoki, jęczący ton. Coś uwierało ją w plecy, sprawiając ból.
- „Zaraz, zaraz… Kiedy usnęłam?” – zastanawiała się półprzytomnie Jodi. – „Która to godzina? Znów spóźnię się na autobus, jeśli zaraz nie wstanę”.
Z wolna podnosiła powieki. W pomieszczeniu było mało światła. Jednak źrenice przyzwyczaiły się wkrótce do półmroku. Coś się nie zgadzało.
- O cholera, to nie jest mój pokój! – krzyknęła.
Rozglądała się wkoło przerażona. Obce wnętrze – stare, poplamione fotele, kilka szafek, brudny, zakurzony dywan, podziurawiony materac ułożony pod zasłoniętym oknem. A wszystko wielkie, ogromne.
- Jak ja się tu znalazłam? – próbowała sobie przypomnieć.
- Łuuup! – nagle zza drzwi dobiegł głośny łomot. - Ty stara szmato, ja ci dam chować przede mną butelkę – odgrażał się męski głos.
Jodi znieruchomiała. Teraz rozumiała, co wpijało jej się w ciało. Odczekała, aż odgłosy szamotaniny ucichną i spróbowała wstać.
- Co jest? Nie mogę rozprostować nóg! Ani wyciągnąć ręki!
Była zesztywniała. Mogła sobie pozwolić jedynie na delikatne poruszenia głową i tułowiem, kończynami, przy czym wydawała się skrzypieć. Podniosła do oczu dłoń, której prawie nie czuła. Jej lakierowana, bladoróżowa powłoka lśniła tworzywem syntetycznym.
- Aaaa – krzyczała, choć nikt jej nie słyszał.
***
Koleżanki z klasy przyszły, o dziwo, punktualnie. Zamknęły się w pokoju Jodi, gdzie szykowały się na wieczór. W całym domu słychać było muzykę i śmiechy nastolatek. O siódmej zeszły do salonu, gdzie czekał już tort. Ich mocne makijaże przypominały intensywnością kolorów indiańskie barwy wojenne, a fryzury były efektem złączenia wszelkich porad z czasopism młodzieżowych.
- Pomyśl życzenie – przypomniały dziewczynki, nim Jodi zdmuchnęła świeczki.
Siostra Jareda zamyśliła się chwilę, a potem spojrzała na niego, jakby zastanawiała się nad czymś niezwykle ważnym. Po chwili rozchyliła wargi w uśmiechu, dmuchnęła i można było wręczyć prezenty.
- O, jakie to ładne – zachwycała się solenizantka, wyjmując z pudełek kolejną bluzkę, kosmetyki, wisiorki.
Jej brat wzdychał głośno na te wybuchy entuzjazmu, ale nikt nie zwracał na to uwagi. Kiedy zabrała się za pakunek od niego, wstrzymał oddech. Teraz, gdy jego złość osłabła, żałował, że nie wybrał jej czegoś, co by ją naprawdę ucieszyło.
- Ooo… - westchnęła szesnastolatka.
Wszyscy spojrzeli na pięknie prezentującą się zabawkę, która przypominała Jodi jeszcze bardziej, niż zapamiętał Jared.
- Braciszku… Jeeest piękna. Dziękuję – wstała i przytuliła go mocno, aż serce ścisnęło mu się z żalu.
Myślał, że będzie zła, wścieknie się i zwymyśla go od idiotów.
- „Lalka? Na szesnaste urodziny? Też pomysł! Jaki ty jesteś ciągle dziecinny” – brzmiało w jego uszach.
Zamiast tego szczera wdzięczność i coś, co przypomniało o ich dawnym porozumieniu, o więzi, jaka łączyła kochające się rodzeństwo.
Jodi postawiła podarek na półce, by zebrani mogli się przyjrzeć.
- Hello – wypowiedziała laleczka niskim głosem.
Wszyscy drgnęli, zaskoczeni.
- Pewnie ma wbudowany syntezator mowy – stwierdził roztropnie Tom.
Towarzystwo odetchnęło z ulgą, słysząc logiczne wyjaśnienie.
- Ma twoje włosy.
- I nosek.
- I usta też niemal identyczne – komentowały przyjaciółki.
- Nazwę ją Judi – oznajmiła wszem i wobec właścicielka.
Każda chciała dotknąć pięknej sukienki, loków, maleńkich bucików. Robiły sobie zdjęcia, trzymając ją w objęciach.
Gdy przyjęcie dobiegło końca, a goście rozeszli się do swoich domów, jubilatka zabrała pakunki do pokoju, w którym jeszcze długo paliło się światło.
***
Była już prawie północ. Kopciuszek przeżywał właśnie swój ostatni taniec z księciem, który spoglądał w oczy pięknej dziewczyny z miłością i zachwytem. Jednak bal się kończył, za chwilę miał prysnąć czar, a wskazówki zegara oznajmić powrót do normalności. Jeszcze tylko kilka upojnych pląsów, piruet na drobnych stópkach, wdzięczna poza…
- Poprawię ci loki. Jak zbiegniesz po schodach, musisz zostawić pantofelek, pamiętaj. – Mała Lily instruowała Jodi, trzymając ją mocno w pasie i wykonując zabawne podrygi. – Jak wspaniale wyglądasz, jesteś taka śliczna. Na pewno będziesz bardzo szczęśliwa. – Dziecko wkładało w zabawę całe serce, próbując nie słyszeć hałasów zza ściany.
- Znowu wróciłeś pijany! Mam już tego dość. Słyszysz? – Wyrzuty kobiety były bolesne i ciągle takie same.
- Nie będziesz mi mówić, co mam robić! Ciężko pracuję! Należy mi się chwila odpoczynku. – Męski głos odpowiadał agresywnie.
- Nie dbasz o mnie, o dom, o Lily.
- Ja nie dbam? Zaharowuję się dla was! To ty nic nie robisz! Siedzisz w domu, nawet ugotować porządnie nie potrafisz, i jęczysz, że wciąż ci za mało!
- Jak możesz tak mówić? – Kobieta włącza wibracje strun głosowych. Jest bliska płaczu.
- Wychodzę. Nie będę słuchał tych histerii. – Zatrzaśnięcie drzwi puentuje jego wypowiedź dobitnie.
- A tu masz swoją karocę – mówi dziewczynka, wpychając ją do kartonowego pudełka posypanego brokatem.
Jodi patrzy na nią ze współczuciem, choć na gładkiej powierzchni czoła nie widać żadnych oznak świadomości.
***
Szczelna maska przywarła do niej na stałe. Nie potrafiła jej zdjąć nawet na chwilę, nawet, gdy była sama i nie musiała wykonywać tych wszystkich drobnych gestów, których oczekiwało otoczenie. Przyklejony uśmiech, entuzjastyczne wymachiwanie rękoma, potrząsanie wypielęgnowanymi włosami o zapachu świeżych kwiatów, delikatne palce muskające ucho, by sprawdzić, czy przypadkiem nie odkleiła się powłoka warunkująca przetrwanie w świecie, którego nie stać było na wyrozumiałość.
Jodi siadała na krześle w swoim pokoju, zamykała drzwi i opuszczała głowę, wciskając ją w ramiona. Schodziło z niej całe powietrze, a sznurki wyimaginowanego gorsetu stawały się luźniejsze. Prawie mogła oddychać. Kolejny raz zerkała w bok, na lustro, oceniające bez cienia skrupułów wszelkie jej ułomności.
- Jesteś brzydka – mówiło lustro. – Nikt cię nigdy nie pokocha.
Dziewczyna zapadała się w sobie, coraz mocniej, coraz głębiej, z większą desperacją. Roztrzęsionymi dłońmi próbowała malować rzęsy, nadać ustom wyraz zadowolenia, dookreślić kontury rozmazujące się w smutku.
Spoglądała na siebie raz jeszcze. Warstwa pudru przykryła rumieńce, różowa pomadka dodała ściśniętym wargom zdecydowania. Tylko oczy ciągle szkliły się tak samo, a przecież starała się nie rozpłakać.
- Kim jestem? – pytała głośno, choć cisza nadal grzmiała niewypowiedzianym szyderstwem.
***
- Jestem mała, śliczna Jodi. Taką już pozostanę na zawsze. Pomóż mi. Ten świat nie jest dla mnie. – Lalka była bardzo stanowcza. Musiał się rozliczyć z danego słowa.
- Nie mogę tego zrobić! – wołał zrozpaczony Jared.
- Obiecałeś.
- Nie potrafię! – Chłopak załamał ręce. Całym jego ciałem wstrząsały dreszcze.
- Braciszku, przecież to dla mojego dobra – przekonywała maszkara. – No dalej, chwyć nóż. To nie potrwa długo.
Próbował wstać z klęczek, choć nogi odmawiały mu posłuszeństwa. Podparł się ręką i jakoś zachował równowagę. Po policzkach ciekły mu łzy. Podszedł do straszydła, całego w strzępach tworzywa, które łuszczyło się na całej powierzchni. Spod resztek plastiku wystawały połacie żył, ścięgien i mięśni. Na samym środku biło wielkie, krwistoczerwone serce, osłonięte jedynie cienką, mlecznożółtą błoną.
- Kocham cię, Jodi. Wybacz mi – wyjęczał chłopak i z całej siły wcisnął ostrze w klatkę piersiową.
Jeszcze nim upadła na dywan, jej wygląd zaczął się zmieniać. Odklejone, sztuczne rzęsy, zsunęły się delikatnie po policzkach, gęste loki rozprostowały się i opadły na ramiona. Zamknęła powieki i wypuściła z siebie powietrze, jakby z ulgą.
***
- Mówisz, że była nieszczęśliwa. – Człowiek w białym fartuchu nawet na niego nie patrzył. Niemal bez przerwy bazgrał coś w wielkim, czarnym notatniku.
- Owszem. Chciała, bym jej pomógł. Prosiła mnie o to. – Jared próbował tłumaczyć to, co zaszło. Gdyby nie ten nieszczęsny prezent, pewnie nigdy nie powiedziałaby, co ją dręczy.
- Więc uważasz, że pomogłeś jej w ten sposób?
- Nie chciałem tego, ale… Było mi jej żal. Cierpiała.
- Widzę, że wierzysz we własne słowa. – Zanotował lekarz i podrapał się długopisem po głowie. – Musisz tu zostać.
- Wiem. Nie oczekuję, że może mnie pan zrozumieć – powiedział chłopak i odwrócił twarz z rezygnacją. – Czy rodzice doszli do siebie?
- Twoi rodzice są w żałobie. To zrozumiałe. Nadal nie mogą otrząsnąć się po tej tragedii.
- I nie chcą mnie widzieć? – bardziej stwierdził, niż zapytał.
***
Gdy Lily zaczęła wyrastać na piękną kobietę, zdecydowaną kobietę, której nie straszne były żadne wyzwania i problemy, wciśnięto ją do poplamionego pudła po butach i zawieziono do antykwariatu. Wyczyścili jej ubranie, umyli włosy, dodali kilka kokardek i ustawili na najwyższej półce.
- No, kochana, spędzisz tu trochę czasu – powiedział sprzedawca. Jego ironicznie wykrzywiona twarz wydawała mu się znajoma, chociaż nie wiedziała dlaczego. – To taki czyściec dla zbłąkanych dusz. Wcale nie przesadzam, zobaczysz.
Każdego dnia oglądała ludzi zza witrynowej szyby, jak spacerowali całymi rodzinami po ulicy, śmiali się, rozmawiali, jedli lody. Przy otwieraniu drzwi owiewał ją chłód świeżego powietrza, podnoszący z jej sukienki coraz grubszą warstwę kurzu.
Wieczorem, po zamknięciu sklepu, zostawała sama, z tłumem podobnych do siebie, nieszczęśliwych istot. I nawet nie mogła zapłakać.
 

środa, 26 kwietnia 2017

Oni są czymś innym



***
Jasne świa­tła wbi­ja­ły mu się na­tar­czy­wie pod po­wie­ki. Sły­szał ja­kieś stłu­mio­ne głosy, od tonu któ­rych cier­pła mu skóra. Nie wie­dział, co się dzie­je wokół, gdzie się znaj­du­je, skąd te nie­po­ko­ją­ce dźwię­ki. Za wszel­ką cenę sta­rał się chro­nić głowę, ale jego ruchy były mocno ogra­ni­czo­ne.
– Ma­rian…Hgnissk… Ma­rian… – Ktoś na­wo­ły­wał raz za razem. – Ma­rian… Pskisszz… Nie wy­głu­piaj się… Dff­fsss… Nie mo­żesz nas zo­sta­wić…
Mo­no­ton­ne wi­bra­cje prze­wier­ca­ły mu czasz­kę. Bra­ko­wa­ło mu tchu. Całą siłą woli, jaka mu po­zo­sta­ła, pró­bo­wał sku­pić na sen­sie pa­da­ją­cych słów.
– Panie dok­to­rze, czy jest jesz­cze dla niego szan­sa?
– Jego mózg ob­umie­ra. Nic nie mo­że­my na to po­ra­dzić. Pro­ces jest nie­od­wra­cal­ny. Nie­ste­ty, wy­pa­lił się za­wo­do­wo.

poniedziałek, 24 kwietnia 2017

Oni są czymś innym


Wstawiam kolejny kawałek tekstu, licząc już chyba tylko na to, że będę miała odrobinę satysfakcji z konsekwencji.

Ze snu obudziły go niezidentyfikowane dźwięki. Mdławe światło z korytarza obejmowało część łóżka Mariana, pozwalając rozpoznać kilka kształtów – szafki, dwa krzesła, wielkie, wpół zasłonięte okno. Co chwilę zza uchylonych drzwi dochodziły szurania pielęgniarek. Zbliżała się północ, jak wyczytał ze ściennego zegara. Zalała go dala chłodu, bijąca od szyby.
- Pewnie jest nieszczelna – zgadywał, pocierając ścierpnięte dłonie.
- Tyk, tyk, tyk – wskazówki sunęły powoli po cyferblacie. – Tyk…tyk…tyk… - coraz leniwiej, coraz wolniej.
- Baterie się wyczerpały? Możliwe.
- Psssyt! – usłyszał nauczyciel w pewnej chwili i zaczął się nerwowo rozglądać.
- Co? Kto? – odezwał się niepewnie.
- Psssyt!
- Jakie, cholera, psyt? Co się tu dzieje? – kręcił się na łóżku w poszukiwaniu źródła szeptu, ale nic nie dostrzegł. Jedynie zasłonka poruszyła się nieznacznie. Nagle coś zimnego dotknęło jego czoła. Wzdrygnął się i wyskoczył spod kołdry jak oparzony.
- Puk, puk – posłyszał od okna. – Puk, puk.
Przełknął ślinę i zaczął zbliżać się do zewnętrznej ściany. Uchylił ciężki materiał powoli, z ociąganiem.
- Hej, staruszku!
Było ich troje. Unosili się w powietrzu dotykając niemal murów budynku. Postać Andżeli, Piotrowskiego i Malinowskiego otaczała chmura czarnego dymu. Wyłaniali się z niej. Ich ręce wydłużyły się, pokryły napiętymi ścięgnami, a z ust skapywała ohydna maź. Belfer oniemiał, cofnął się kilka kroków i klapnął ciężko na podłodze. W tej pozycji dotrwał do rana.

 

niedziela, 23 kwietnia 2017

Oni są czymś innym


Następnego dnia pan Marian zwlekł się z łóżka wyjątkowo późno. Męczyły go złe sny, w których niewyraźne zjawy wyciągały w jego kierunku szponiaste, zimne dłonie i próbowały pochwycić w swoje objęcia. Odczuwał ból i zawroty głowy, jakby niewidzialna obręcz zaciskała mu się na skroniach.
Poczłapał do łazienki, by ostudzić rozgrzane czoło. W lustrze długo oglądał swoje zmizerowaną postać, próbując doprowadzić się do porządku. Gdy za lewym uchem dostrzegł niewielkie, czerwone szramy, wyglądające na draśnięcia ostrych paznokci, nie mógł w to uwierzyć. Próbował wmówić samemu sobie, że to przypadek, że z pewnością podrapał się przez sen. Z trudem zachowywał opanowanie.
Wychodząc do pracy, przeżegnał się, by nabrać otuchy. Zawinął się szczelnie w ciepły płaszcz, szyję okręcił grubym szalikiem, włożył wełnianą czapkę.
- Izolacja najważniejsza – mruknął cicho.
***
W pracowni było duszno i gorąco. Znajome przedmioty, linijki, tablica, przyrządy pokazowe, przytłaczały Mariana martwotą i obojętnością. Był za słaby, sam jeden na polu bitwy.
- Dzień dobry. Co będziemy dziś omawiać? – zapytał Piotrowski, przyszpilając profesora badawczym spojrzeniem.
- Co? Że jak? – mężczyźnie trudno było zebrać myśli.
- Kończymy ćwiczenie z wczoraj? – podpowiedział mu wzorowy uczeń.
- Ćwiczenie? Aaa, tak, oczywiście – plątał się nauczyciel.
Po czterdziestu pięciu minutach gehenny, podeszli do niego z wyszczerzonymi zębami. Wyglądały na większe i ostrzejsze, niż pamiętał.
- No, nie będziemy się chyba bawić w kotka i myszkę, co? – zapytał Malinowski. – Lepiej, byś nie narobił szumu. Ostrzegamy cię.
- Słuucham? Nie rozzumiem – zająknął się Marian.
- Myślę, że rozumiesz doskonale. Trzymaj gębę na kłodkę, dobrze ci radzę.
Spoglądał na wychowanków, na ich młode buzie, pod powierzchnią których poruszały się nieokreślone kształty, zmieniające ich delikatne rysy. Tego nie mógł dłużej znieść. Osunął się na krzesło, łapiąc się za serce z desperacją.
***
Leżał pod kroplówką. Dostał leki i zalecenie, by unikać stresowych sytuacji. Miał zostać w szpitalu na obserwacji przez kilka dni. Koledzy z grona pedagogicznego zmartwili się nagłym atakiem, przysłali kwiaty i kartkę z życzeniami szybkiego powrotu do zdrowia. Oddelegowani do odwiedzin – matematyczka i biolog, roztkliwiali się nad biednym, samotnym kawalerem, który nie dba o zdrowie. Marian nie mógł tego słuchać.
- Ale wy nie pojmujecie powagi sytuacji – wybuchnął wreszcie. – To nie ludzie, coś zajęło ich ciała! Uczniowie są nawiedzeni, opętani! Sam nie wiem. Czy tylko ja to widzę?
- Mówiłem, żeby przyszedł katecheta – burknął biolog z udaną powagą. – Ja ze swojej strony mogę zaproponować jedynie mocniejsze środki farmakologiczne.
Matematyczka wypowiedziała się za to, licząc stopnie schodów prowadzących do wyjścia.