wtorek, 7 listopada 2017

czwartek, 12 października 2017

Psie wzgórze



- Zostaw tę szklankę, potniesz sobie palce! – krzyknęła ze złością Jadwiga. – Nie maż się, nic wielkiego się nie stało. – Matka była zirytowana, ale szybko uwinęła się ze sprzątaniem kawałków szkła rozrzuconych po całej podłodze. Jej ruchy były szybkie i precyzyjne. Zaciskała wargi, by nie wybuchnąć i nie powiedzieć czegoś niepotrzebnego. Taki wyraz twarzy miała najczęściej. Słowa niewiele dla niej znaczyły.
- Nic się od gadania samo nie zrobi – mówiły jej oczy, choć usta pozostawały nieme.
Gdy skończyła, założyła przybrudzoną, roboczą kurtkę, otworzyła drzwi, które porywisty wiatr próbował wyrwać jej z dłoni, i wyszła. Jej przygarbiona sylwetka, silna, wręcz niezłomna, stała się jednym wielkim oskarżeniem.
- Mamo… - wyszeptała dziewczyna z rozpaczą.
Julka czuła się bezradna. Nie umiała, nie potrafiła funkcjonować tak, jakby życzyła sobie tego jej rodzicielka. Ciągle coś leciało jej z rąk, nieustannie rozlewała herbatę na czysty obrus, przypalała kotlety, źle rozwieszała pranie. Miała wrażenie, że jest jedynie ciężarem dla stanowczej, praktycznej i pewnej siebie kobiety, której los nie oszczędzał.
Weszła do łazienki, w której piętrzyły się porzucone na pralce ubrania z całego tygodnia, wyciągnęła schowane za szafką pudełeczko, naprężając wszystkie mięśnie. Była pewna, że za chwilę się rozpłacze, choć przecież łzy wcale nie są groźne. Groźny był ból, który sprawiał, że brakowało jej tchu, dławienie w gardle tak silne, że zawężało pole świadomości do wąziutkiej, mikroskopijnej szczeliny, otoczonej ciemnością.
- Csss… - wyrwało się Julce, gdy na ręku pojawiła się czerwona pręga.
Krople krwi utworzyły po chwili małą strużkę. Dziewczyna wpatrywała się w nią z fascynacją. Miała wrażenie, że całe napięcie z niej uchodzi, znika wraz z tą drogocenną cieczą, wypełniającą jej żyły i tętnice, podtrzymującą jej istnienie, tak przecież marne. Jej twarz przybrała barwę popiołu, a oczy zrobiły się czarne, niewidome.
- Wzywałaś mnie. – Usłyszała zza pleców.

***

Ta niedziela nie różniła się od innych. Julia wyszła z psem, by rozkoszować się rzadkimi tej jesieni promieniami październikowego słońca. Chłodny wiatr, wiejący od jeziora, bawił się kosmykami jej płowej czupryny, spiętymi niedbale rozciągniętą, przybrudzoną gumką.
- Heeej! - krzyknęła z całych sił, aż łaciaty kundelek odruchowo skulił się ze strachu. – Chodź, Piegus, zobaczymy co tam słychać u twoich braci – powiedziała z uśmiechem i szarpnęła smyczą.
Na wzgórzu, do którego z lewej strony przylegała ściana lasu, było wyjątkowo pięknie tego dnia. Szarzejąca trawa kołysała się leniwie, krople rosy lśniły w blasku porannego słońca, od niedalekiej poręby słychać było warkot piły motorowej.
Julka przyklękła przy kupce kamieni i pogładziła je ścierpniętymi palcami.
- Zobacz – zwróciła się do psa – tu leży ostatni.
Piegus spojrzał na swą panią nierozumnie. Schylił głowę, aby w jedyny znany mu sposób zapoznać się z terenem. Nagle zastrzygł uszami, stanął dęba, a z jego gardła wydobył się żałosny, długi skowyt.
 
 
 
 

poniedziałek, 25 września 2017

Cykl


- Nie mam na siebie pomysłu – stwierdził człowiek bez właściwości pewnego dnia. I nie była to nowa myśl, zdarzało mu się wielokrotnie dochodzić do tego punktu bez wyjścia. Zdarzało mu się to bardzo często. Patrzył wtedy na żonę, jak małe dziecko szukające pocieszenia.
- Tabby, Tabby… - mamrotał bez sensu, jak w transie.
Kobieta doskonale znała ten objaw. Jej mąż pogrążał się w swoim mrocznym świecie, gdzie nigdy nie miała dostępu. Mogła jedynie stać na jego straży i pilnować niewidzialnych granic. Mogła obserwować te zmagania, szamotanie się w okowach niemocy, wierząc święcie, że on znajdzie drogę na powierzchnię. Do światła.
Zawsze jednak w ostatniej chwili przychodził ratunek. Nowy pomysł, nowa idea, kilka zdań, zapisanych nerwowo na kartce papieru, parę słów, które rozrastały się pod jego wprawnymi palcami, gdy już odnalazł naturalny rytm. Doraźnie wystarczało też skupienie się na prostych czynnościach, których wymagała jego skromna egzystencja. Odpowiedzi na listy od fanów, na propozycje wydawnictw, omówienie szczegółów promocji ostatniej książki. Lecz dalej nie było już nic – prócz niebezpieczeństwa konfrontacji z tym, co nieuniknione - z dezaktualizacją, odejściem w niebyt, wymazaniem raz na zawsze swych niewyraźnych kształtów. To, czym się zajmował określało go. Było jego życiem. Bez pisania nie istniał – ta prosta prawda stała się jego przekleństwem.
Zapalił papierosa, jednego, drugiego, jakby miało mu to pomóc. Był więc papieros i anonimowe usta. Prozaiczne czynności nie mogły wypełnić go energią. Były jedynie kalką, powielaniem schematu – brakowało w nich sensu, istoty. Nikotyna zasilała w jakiś sposób komórki mózgowe, pobudzała do myślenia, pozwalała się skupić. Odbierała też zdrowie, ale to przecież sprawa na później, a dla człowieka bez właściwości rzeczą pierwszej potrzeby są właściwości właśnie, teraźniejszość, nieustanne stwarzanie. Nie mógł przejmować się tymi wszystkimi banalnymi kwestiami, jakimi martwiły się rzesze określonych, pełnowymiarowych ludzi. Nie mógł i nie chciał.
W porze obiadowej znów usłyszał ten dźwięk. Najpierw gdzieś z tyłu głowy, potem w dalszej przestrzeni. Delikatne stukanie, gdzieś za drzwiami.
Było cicho, przeraźliwie cicho. Tak cicho może być tylko wtedy, gdy jesteśmy sami w wielkim domu. Nadstawił ucha, by wyłapać te niby-zgrzyty, niby-stuki, niby-jęki. Wiatr huczał za oknem, natarczywie i złowrogo, ale jednak poza obrębem murów mieszkalnych. To nie to. Zerwał się z krzesła i poczłapał do piwnicy. Za każdym razem, gdy tam schodził, w czeluście mroku, jakiś lęk ściskał mu gardło. Normalne przecież i znane wszystkim uczucie – irracjonalny strach przed ciemnością, poświatą niewidzialnego. Nie chciał stać się ofiarą krwiożerczej maszkary, mieszkającej tam od lat, choć zacięcie dramatyczne podpowiadało mu, że to rola idealna dla niego. Poprawił spodnie, spadające z bioder, by, w razie czego, bronić się ucieczką. Nie należał do tych odważnych bohaterów, którymi zapełniał stronice swych książek, bez dwóch zdań. Ofiara, postać drugoplanowa lub nawet epizodyczna, zawsze stara się uciekać, dlaczego i on nie miałby spróbować? Nim zapalił lampę, wciągnął powietrze do płuc, niby przed skokiem do wody. Napiął wszystkie ścięgna do granic wytrzymałości, zaraz, zaraz, jest blisko, czuje jej śmierdzący oddech na plecach. Pstryk – mdłe światło brudnej żarówki rozświetliło wnętrze. Siedziała tam – pokurczona, maleńka, jak robaczek świętojański, z błyszczącymi od łez oczyma. Potargana jak nieboskie stworzenie, ze śladami zadrapań na całym ciele. Krzesło, do którego ją przywiązał dla pewności, że nigdzie nie pójdzie, skrzypiało delikatnie przy każdym ruchu. Szlochała. A więc jeszcze żyła. Żyła, choć od wielu tygodni jej nie dokarmiał. Cierpiała katusze, blada i wycieńczona, czekając na wyrok, na to, co zrobi z nią na końcu opowiadania. W tej fazie wyglądała żałośnie.
Przyglądał się jej przez kilka minut. Musiał poznać ją na nowo, by raz jeszcze wrócić do rozpoczętych wątków. Nim usiadł przy biurku, nalał sobie whisky do szklanki, niemal po sam brzeg naczynia, upił kilka łyków, i zaczął stukać w klawisze:
„… Potem Vic Mooney jeszcze raz podszedł do mikrofonu. Przez chwilę milczał, napawając się atmosferą oczekiwania, a następnie oznajmił bez żadnych ozdobników:
- Zwyciężyli Tommy i Carrie. Jednym głosem.
Zapadła martwa cisza. Potem salę wypełniły oklaski, chwilami brzmiące nieco szyderczo. Zaskoczona Carrie gwałtownie wciągnęła powietrze przez zęby, a Tommy znowu poczuł (ale tym razem tylko przez sekundę) ten niesamowity zawrót głowy
(carrie carrie carrie carrie)…”
Wchodził w ciało ostrożnie, szukał wyraźnych granic, rozlokowywał się z uwagą, by nie naruszyć żadnej ważnej tkanki, organu, żyły. Stawał się żywy i namacalny, przekraczał wymiar, z którego trudno było się wydostać. Miał tę świadomość. To był rodzaj doświadczenia, sprawdzianu, jaki pozwalał na dostąpienie wtajemniczenia. Naraz zalała go fala gorąca, paniki, gdy arterie pobudziły pracę serca, jego serca. Miał je w tej chwili na własność, choć nie wiedział jeszcze, po co. Nie znał celowości tych wszystkich zabiegów, procesów, które działy się w organizmie. Skurcze jelit, powiększanie się i zmniejszanie się płuc przy każdym wdechu, mimowolne ruchy gałek ocznych, ślinianki wydzielające wilgotną, przezroczystą maź wypełniającą usta. Był obciążony cielesnością.
Steve zarejestrował jakiś ruch. W głowie huczało mu od wzrostu adrenaliny. Znów stał się Steve’em – facetem, który opowiada historie. Pod podłogą coś się poruszyło. Nie miał wątpliwości. Przygasły już byt odzyskał siły witalne. Carrie rozerwała mocowania i postanowiła nie dać o sobie zapomnieć.
- Co ty robisz? – zapytał, trzymając się za klatkę piersiową. W kręgu jasności, rzucanym przez małą lampkę, wyraźnie czuł, jak mrok podpełza coraz bliżej. Jak walczy.
„ – Wyobrażam sobie twoje serce – powiedziała Carrie. – Łatwiej mi jest, kiedy widzę różne rzeczy w głowie. Twoje serce to wielki czerwony mięsień. Moje bije szybciej, kiedy używam swojej mocy. Ale twoje bije teraz trochę wolniej. Trochę wolniej…”
Steve próbował łapać oddech. Włosy jeżyły mu się na głowie. Zabrnął za daleko. Kontakt z tą istotą był naprawdę niebezpieczny. Kosztował go bardzo wiele. Była silna. Miała moc, dzięki której wkradała się w ludzkie umysły. Wiedział, że miliony czytelników z zapartym tchem będą śledzić jej losy, jej rozpacz i powolne umieranie. Ale on też miał podobną władzę. Władzę, z której korzystał już wcześniej.
„Reflektory samochodu oblewały ją upiornym blaskiem, jak w czarno-białym filmie grozy. Cała była zakrwawiona, ociekała krwią, teraz już głównie własną. Z ramienia sterczała jej rękojeść rzeźnickiego noża, a sukienka była brudna i pozieleniała od trawy. Czołgała się przez większą część drogi z Carlin Street, niemal tracąc przytomność, czołgała się, żeby zniszczyć to miejsce – miejsce, z którym być może przeznaczenie związało jej los…”
Szklanka wyśliznęła mu się z dłoni i potoczyła po blacie. Resztka płynu chlapnęła na maszynopis, nie wyrządzając mu wielkiej szkody. Mężczyzna zgiął się wpół. Skronie zaczęły pulsować, ściśnięte niewidzialnym imadłem. Steve odwrócił się gwałtownie.
Na środku pokoju dostrzegł mglistą sylwetkę.
- Dlaczego mi to robisz? – wychrypiała. Leżała na podłodze. Jedną ręką przytrzymywała wystający nóż, drugą wyciągnęła do światła. A może do niego? - Sprawiasz mi ból. Istnieję jedynie po to, by cierpieć. Nie masz sumienia?
W pierwszym odruchu rzucił w nią paczkę tamponów, którą kupił, by sceny wydawały się bardziej wiarygodne.
„ – Ty krwawisz, głupia baryło. Zatkaj sobie, zatkaj sobie, zatkaj sobie, zatkaj…”
Dwa światy pomieszały się ze sobą. Nie odróżniał już tego, co istniało naprawdę, a co sam powoływał do życia. Po chwili przyszło otrzeźwienie. Nie próbował nawet zaprzeczać jej słowom.
- Żyję dzięki takim bytom, jak ty. Chłonę ich energię. Wysysam ją do ostatniej iskierki. Niczym się od siebie nie różnimy – stwierdził po prostu. – Oboje mamy moc, od której nie możemy się uwolnić. - Nie potrafił znaleźć w sobie litości dla tego stworzenia, ginącego na jego oczach. Przecież za kilka dni wydawca upomni się o jego pracę. Ten wymiar miał swoje prawidła i nie zamierzał z niego rezygnować. W gruncie rzeczy balansowanie na granicy musiało wiązać się z jakąś ofiarą.
***
Był typowy. Typowy, ale nie przeciętny. Wzrostu powyżej średniego, urodzie żadnej, charakterze powtarzalnym, stylu bycia nie narzucającym się nikomu, namiętnościach, o których głośno się nie mówi. Typowy mężczyzna, jakich wielu. Z okularami na nosie sprawiał wrażenie sympatycznego, nawet odrobinę zawstydzonego. Mógłby być każdym. Był każdym. Codziennie od nowa stwarzanym, budowanym, jak domek z kart. I tak samo niweczonym wraz z zapadającym zmrokiem. Coś podpowiadało mu, że jeśli ugrzęźnie w tej formie, zatrzyma się w jej kajdanach, umrze. Jego wędrówka dusz miała sens tylko wtedy, gdy nie dawał się przyłapać. Gdy rozgryzał własne arterie i ścięgna każdego wieczora, by świtem zacząć nowy cykl. Porzucał ciało jak zużyte, przetarte ubranie, które stawało się zbyt ciasne. Wychodził wieczorem, niedbale odwieszając swe okrycie na krześle. Zdychało tam do świtu. Wyzwalał się z tego ciasnego kokonu z ulgą. Stawał się lekki, wolny, nieskrępowany przyziemnymi ograniczeniami ciasnej, materialnej powłoki. Błądził ponad ziemią, zwłaszcza, gdy jego zwielokrotnione oblicze zaścielało kolejne witryny księgarń. Lecz coraz częściej trafiał do czyśćca, pełnego winy, wyrzutów sumienia, niezidentyfikowanej żądzy mordu i wszelkiego ohydztwa. Nie sądził, że okupi swą sławę podobną karą.
***
Następnego dnia zwlókł się z posłania wyczerpany. Nie miał sił, a jednak musiał spróbować wyprostować kończyny, sprecyzować swoje pojęcie na temat funkcjonowania skomplikowanej, obmierzłej machiny. Gdy wstał, zakręciło mu się w głowie i runął jak długi, twarzą na dywan. Zamroczyło go. Podłoże było wilgotne i zimne – resztka krwi jego ostatniej ofiary stawała się coraz bledsza. Zaskoczył go brak kontroli nad koordynacją ruchową.
- Muszę się znów nauczyć, to na pewno nic trudnego – uspokajał sam siebie. – Trzeba tylko trochę poćwiczyć bycie zwyczajnym człowiekiem.
 

środa, 16 sierpnia 2017

Głęboka woda


Na biurku, obok komputera, leżą klucze. Nie jakieś zwyczajne, a zupełnie wyjątkowe. I tylko dla mnie ma to znaczenie, bo jedynie ja mogę z nich skorzystać. Pierwsze wynajmowane mieszkanie, daleko od domu, w mieście, w którym nie znam nikogo. Klucze do innego życia. Ale jakiego?

Co zrobić ze strachem przed zmianą? Niby wiemy, że otwiera się przed nami szansa, jednak łatwiej się bać, niż cieszyć się perspektywą poprawy swojego życia. A przecież życie składa się ze zmian, których wartość ocenić możemy dopiero po czasie. Tuż przed snujemy domysły, piszemy w głowie scenariusze, angażując siły psychiczne w opanowanie irracjonalnego lęku przed nowym.

Lubię fantazjować. Jest to dla mnie typowa cecha. Niestety, zazwyczaj martwię się na zapas, a moja wizja przyszłości maluje się w czarnych barwach. Z doświadczenia wiem, że strach ma wielkie oczy i, przy odrobinie cierpliwości, wytrwałości, samozaparcia, udaje mi się pokonać problemy. Co z tego, skoro przy każdej nadarzającej się okazji wpadam w to błędne koło negacji? Ile pomarudzę, tyle moje.

Skaczę na głęboką wodę. Będzie, co ma być.

czwartek, 8 czerwca 2017

Dziękuję za...


Lubię kilka miejsc w blogosferze i przyzwyczaiłam się myśleć, że są "moje", że mogę czuć się w nich sobą, zamyśloną, zdystansowaną, autentyczną. Pozwalają mi na oddech w zaganianym, poukładanym w dziwne schematy świecie.
Tęsknię za ''Made of Nothing", blogiem, który robił na mnie kolosalne wrażenie, dzięki połączeniu poruszających refleksji, opowieści o życiu, miłości i gotowaniu. Mam nadzieję, że autorka napisała na jego podstawie książkę, bo blog zniknął, a rzesze fanów upominały się o wersję papierową.
Tęsknię za aktywnością Ambre, która w swoim "Bulwarze Saint - Germain" przypominała, że na rzeczy należy patrzeć aż do korzeni, kryjąc się za zdjęciem pięknej, wyzwolonej kobiety w kapeluszu, z papierosem, wsiadającej do taksówki. Uwielbiałam ją sobie wyobrażać. Ciągle uwielbiam.
Tęsknię za Emmą i jej "Ptasią piosenką", bo kalejdoskop jej zainteresowań, twórczości, spostrzeżeń był barwny jak tęcza, i dawał tyle radości, choć autorka borykała się ze swoją mroczniejszą stroną.
Cenię Kopacza, za refleksyjność i nutkę zgorzknienia. Musisz być świetnym facetem, którego ideały pokryła patyna codzienności. Tak Cię widzę.
Odwiedzam J. "Z kolorowego szkła", bo jest wrażliwą babką, która próbuje nie zagubić się w świecie, który przygniata marzycieli do ziemi. Za te poszukiwania, za dzielenie się lepszymi i gorszymi momentami, należy Ci się ogromne uznanie. Nie boisz się być człowiekiem.

Dziękuję Wam, że mogę/ mogłam spotkać się z Waszymi wirtualnymi wcieleniami.



środa, 7 czerwca 2017

Idę przed siebie


Czas działania i czas zmian. Mam nadzieję, że na lepsze. Wyprowadzka do dużego miasta, nowa praca, wyzwania. Życie jednak mnie zaskoczyło, choć był taki okres, gdy myślałam, że już nic mnie nie czeka. Wsłuchuję się w rytm serca, które potrafi świetnie "udawać" przerażanie, ale jeszcze mnie nie zawiodło. Tego się trzymam, i marudząc starym zwyczajem, idę przed siebie.

poniedziałek, 15 maja 2017

Uważaj na siebie, ślicznotko



- Złaź z drogi, ty cholerny idioto! – usłyszał nagle. Natychmiast dotarły do niego wysokie dźwięki wściekle naciskanego klaksonu. – Ślepy jesteś?! – wrzeszczał kierowca półciężarówki. Jared pospiesznie czmychnął w stronę chodnika.
Było za zimno na poważne zmartwienia. Rozchodził nowe buty, człapiąc w zamyśleniu przez miasto. Nie zważając na ruch uliczny, szedł przed siebie w poszukiwaniu rozwiązania.
- Nie wiem, co mam jej powiedzieć? Że się rozmyśliłem? Przecież mnie wyśmieje. Ona nigdy się nie waha.
Bał się wrócić do domu. Przecież ona ciągle tam była. Była i czekała na niego. Na jego decyzję, którą właściwie podjęła już wcześniej. A więc na jego zgodę. Przełknął ślinę, gdy uświadomił sobie, że stał się ruchomą marionetką w jej rękach.
- Marionetka w rękach lalki – zaśmiał się pod nosem na tę niedorzeczność.
Pełen wątpliwości zwrócił się w stronę swego domostwa. Nie miał wyjścia. Ale przecież musiał wrócić i zmierzyć się z tym, co go czekało.
Od drzwi wejściowych czuć było dziwną woń, niby spalone kwiaty, popiół, zioła. Nie wiedział, co to mogło być. Światło słoneczne ledwie przebijało się przez zaciągnięte zasłony, przez co wnętrze wypełniał półmrok.
- Hej, jesteś tu? – zapytał ostrożnie. „Przecież nie wyniosła się do innego hrabstwa” – udzielił sobie w myśli odpowiedzi. Nie odejdzie tak łatwo. Najpierw musi zrobić to, co obiecał. Zdjął kurtkę cichutko i powiesił w przedpokoju. Niepewnie wkroczył do salonu, w którym nic się nie zmieniło od jego wyjścia. Rodzice wciąż zapatrzeni byli w ekran migoczącego telewizora. W ich szklanych oczach odbijały się kolorowe paski, a z ust ściekały stróżki śliny.
- Mamo? – spróbował raz jeszcze potrząsnąć matką, ale nadal nie reagowała. Poruszyła się jedynie sztywno pod naciskiem jego ręki, a jej ciało wydało delikatne skrzypienie. Na dywan poleciało kilka wiórów.
- Już się zaczyna – pomyślał Jared.
Na ojczyma nawet nie spojrzał. Nigdy za nim nie przepadał, chociaż w gruncie rzeczy nie był do niego wrogo nastawiony. Podejrzewał, że Tom był w tym samym stanie, co jego żona i to mu wystarczyło.
Wziął głęboki oddech, nim zdecydował się pójść na górę.
Czekała na niego. Jej nieruchoma, alabastrowa twarz zwrócona była wprost na drzwi do pokoju Jodi. Martwe źrenice zdawały się wcale nie skupiać światła, lecz był pewien, że go widzi. Mało tego, zna każdy jego ruch, każdą myśl i wątpliwość.
- Jestem już – poinformował.
Podniosła się z fotela powoli. Miał wrażenie, że znów rośnie na jego oczach. Zrobiła kilka kroków naprzód, a on nie mógł nie dostrzec, że ruchy lalki stawały się coraz bardziej płynne, coraz bardziej ludzkie. Gdy była już dostatecznie blisko, zatrzymała się i podniosła swe połyskujące ramię do góry. Stała tak przez moment, a potem szybkim gestem wyjęła z oczodołu okrągłe szkiełko i rzuciła je na podłogę ze wstrętem. Z powstałej dziury patrzyło na niego żywe oko. A jednak Jodi tam była.
- Cześć Jared – wymówiła jego imię nieruchomymi ustami, a jego przeszedł dreszcz. Dźwięk jej głosu przypominał skrobanie palcami o drewno. – Jestem głodna. Bardzo głodna.
***
Zaledwie tydzień wcześniej odbyły się huczne urodziny Jodi. Kończyła szesnaście lat, wiek, w którym każdemu się wydaje, że życie staje przed nim otworem, i to wcale nie tym zlokalizowanym w końcowej części pleców. Jodi też tak myślała. Mało tego, dawała to wszystkim odczuć. Stała się naprawdę nieprzeciętnie irytującą nastolatką. Pewności siebie dodawała jej uroda – była rzeczywiście śliczna.
Centrum jej wszechświata stanowiło duże lustro ustawione na toaletce w jej pokoju, otoczone wianuszkiem korali, zdjęć, zasuszonych kwiatów. Jared niejednokrotnie wchodził do jej pokoju bez uprzedzenia, zwyczajnie, by dokuczyć starszej siostrze.
- Hej, maszkaro, nadal próbujesz zrobić coś ze swoją twarzą? – kpił. – Nie wiem, czy to możliwe.
- Idź stąd, Jared. Ile razy mam powtarzać, że masz pukać? Nigdy się nie nauczysz? – wybuchała złością i rzucała w drzwi poduszką, zeszytem, czymkolwiek, byle tylko odpędzić intruza i nadal kontemplować swoją urodę.
Denerwowała go jej próżność i skupienie na sobie. Nie miała już dla niego czasu. Nie zauważała go, o ile nie spłatał jakiegoś figla. Więc robił to. Ostatnimi czasy z zaciętą premedytacją.
Pewnego dnia, gdy wróciła ze szkoły, rzuciła plecak obok butów i pobiegła od razu na górę.
- Aaa! – jej krzyk słychać było w całym domu. – Mamooo! – wołała ze skargą. Jej wspaniałe lustro było w całości zamazane czerwoną farbą. Gęsta ciecz, spływająca po szklanej tafli, wyglądała jak krew. Na poplamionych fotografiach, na imponująco szerokich uśmiechach siostry i jej koleżanek, widniały ślady odbitych palców.
Jared uśmiechał się do siebie w trakcie całego zamieszania. Nie obchodziło go nawet to, że rodzice szybko znajdą winnego. Wystarczała mu świadomość, że utrze nosa tej nadąsanej pannicy.
- Jared, ty potworze! – grzmiała dziewczyna. – Jak mogłeś?
- Nie mam z tym nic wspólnego! – kłamał w żywe oczy. – Może twoje sanktuarium ma cię już dość? Może wreszcie zajmiesz się czymś pożytecznym?
Takie przepychanki trwały zwykle do późnego wieczora. Gdy zapadał zmrok, w domu robiło się cicho.
***
- Dzień dobry – przywitał się z wahaniem. W sklepie nie było nikogo. Półki zastawione mnóstwem przeróżnych przedmiotów, uginały się pod ciężarem. Duchota, jaka panowała w tym miejscu, była trudna do zniesienia. Miał wrażenie, że na wszystkim, co widzi, spoczywa gruba warstwa kurzu. Rozglądał się niepewnie dokoła. Wszelkiej maści i rozmiarów kukiełki, pajacyki, pluszowe misie, lalki – plastikowe, porcelanowe, pacynki, koniki – ustawione rzędami, wpatrywały się w niego szklanymi paciorkami. Spodobała mu się zwłaszcza imponująco biała primabalerina, stojąca dumnie na jednej nodze – mocno odrapanej. Przyglądał się jej chwilę w poszukiwaniu ceny.
- Śszzzz… łup – Jared odwrócił się z przestrachem. Na podłodze, niedaleko wyjścia, leżał brązowy, mocno spłowiały misiek.
- „Musiał zsunąć się z półki” – wytłumaczył sobie, choć cały czas czuł się niepewnie wśród setek starych, nieruchomych zabawek.
- Dzień dobry – usłyszał zza drzwi na zaplecze. Wyłonił się stamtąd mężczyzna. Był w średnim wieku, ubrany w ciemny, elegancki garnitur, kompletnie niepasujący do tego miejsca. Sklepikarz był przystojny, nawet typowy nastolatek płci męskiej, interesujący się dziewczętami, musiał to przyznać. – Czym mogę służyć? – zapytał sprzedawca z ujmującym uśmiechem, który odebrał chłopcu resztkę pewności siebie. – Szukasz czegoś konkretnego?
- Yyy… Potrzebuję prezentu dla siostry. Iii… Myślę, yyy, mam nadzieję, że uda mi się wybrać coś odpowiedniego u pana – wyjaśnił. – Zaproponuje mi pan coś ciekawego? – jąkał się wyrostek.
- Ależ naturalnie, Jared. – stwierdził tamten z zadowoleniem.
- „Czy ja się przedstawiałem?” – zaniepokoił się chłopak.
- Mam tu coś specjalnie dla twojej siostry – wskazał ręką iście królewską piękność o obliczu anioła, a na twarzy Jareda pojawił się wielki uśmiech. To było dokładnie to, czego szukał. Blond włosy spływające po wiotkich ramionkach, muślinowa sukienka z koronkami, różowe, kształtne usteczka i niebieskie oczka zwieńczone długimi, gęstymi rzęsami – wizerunek przypominający Jodi, jej ideał zamknięty w ciele bez duszy. Prezent miał zasugerować siostrze cienką granicę absurdu, do którego się zbliżała. Zadowolony ze znaleziska, zapłacił szybko, podziękował i wsadził pakunek pod pachę.
- Dziękuję raz jeszcze. Do widzenia – pożegnał się grzecznie.
- Żegnaj chłopcze – odpowiedział sprzedawca z satysfakcją.
- „Żegnaj? Może jeszcze tu wrócę” – pomyślał nastolatek, ale nie odezwał się głośno.
Gdy wychodził, spojrzał odruchowo pod nogi, ale miśka już nie było na podłodze.
***
- Chcę być twoją ukochaną siostrzyczką – przekonywała. – Będziemy się razem świetnie bawić, zobaczysz. Jej czoło marszczyło się, gdy mówiła. Z oczodołu wybiegały cieniutkie, krwistoczerwone żyłki, okalające siecią całą twarz. Poruszała ustami, jakby łapała powietrze.
- Ale ty nie jesteś moją siostrą! Nie jesteś Jodi – wybełkotał chłopiec. Zbierało mu się na płacz.
- W pewnym sensie jestem nią. Mam ją tutaj – wskazała miejsce, gdzie u ludzi znajdowało się serce. – Dotknij – złapała go za rękę i przyciągnęła do siebie. Wyczuł miarowe, choć bardzo słabe uderzenia i cofnął palce.
- No widzisz? To już nie potrwa długo. Jedno życie to niewiele, by istnieć. A ja chcę żyć.
***
Nim otworzyła oczy, doszły ją dziwne dźwięki. Miarowe uderzenia i wysoki, jęczący ton. Coś uwierało ją w plecy, sprawiając ból.
- „Zaraz, zaraz… Kiedy usnęłam?” – zastanawiała się półprzytomnie Jodi. – „Która to godzina? Znów spóźnię się na autobus, jeśli zaraz nie wstanę”.
Z wolna podnosiła powieki. W pomieszczeniu było mało światła. Jednak źrenice przyzwyczaiły się wkrótce do półmroku. Coś się nie zgadzało.
- O cholera, to nie jest mój pokój! – krzyknęła.
Rozglądała się wkoło przerażona. Obce wnętrze – stare, poplamione fotele, kilka szafek, brudny, zakurzony dywan, podziurawiony materac ułożony pod zasłoniętym oknem. A wszystko wielkie, ogromne.
- Jak ja się tu znalazłam? – próbowała sobie przypomnieć.
- Łuuup! – nagle zza drzwi dobiegł głośny łomot. - Ty stara szmato, ja ci dam chować przede mną butelkę – odgrażał się męski głos.
Jodi znieruchomiała. Teraz rozumiała, co wpijało jej się w ciało. Odczekała, aż odgłosy szamotaniny ucichną i spróbowała wstać.
- Co jest? Nie mogę rozprostować nóg! Ani wyciągnąć ręki!
Była zesztywniała. Mogła sobie pozwolić jedynie na delikatne poruszenia głową i tułowiem, kończynami, przy czym wydawała się skrzypieć. Podniosła do oczu dłoń, której prawie nie czuła. Jej lakierowana, bladoróżowa powłoka lśniła tworzywem syntetycznym.
- Aaaa – krzyczała, choć nikt jej nie słyszał.
***
Koleżanki z klasy przyszły, o dziwo, punktualnie. Zamknęły się w pokoju Jodi, gdzie szykowały się na wieczór. W całym domu słychać było muzykę i śmiechy nastolatek. O siódmej zeszły do salonu, gdzie czekał już tort. Ich mocne makijaże przypominały intensywnością kolorów indiańskie barwy wojenne, a fryzury były efektem złączenia wszelkich porad z czasopism młodzieżowych.
- Pomyśl życzenie – przypomniały dziewczynki, nim Jodi zdmuchnęła świeczki.
Siostra Jareda zamyśliła się chwilę, a potem spojrzała na niego, jakby zastanawiała się nad czymś niezwykle ważnym. Po chwili rozchyliła wargi w uśmiechu, dmuchnęła i można było wręczyć prezenty.
- O, jakie to ładne – zachwycała się solenizantka, wyjmując z pudełek kolejną bluzkę, kosmetyki, wisiorki.
Jej brat wzdychał głośno na te wybuchy entuzjazmu, ale nikt nie zwracał na to uwagi. Kiedy zabrała się za pakunek od niego, wstrzymał oddech. Teraz, gdy jego złość osłabła, żałował, że nie wybrał jej czegoś, co by ją naprawdę ucieszyło.
- Ooo… - westchnęła szesnastolatka.
Wszyscy spojrzeli na pięknie prezentującą się zabawkę, która przypominała Jodi jeszcze bardziej, niż zapamiętał Jared.
- Braciszku… Jeeest piękna. Dziękuję – wstała i przytuliła go mocno, aż serce ścisnęło mu się z żalu.
Myślał, że będzie zła, wścieknie się i zwymyśla go od idiotów.
- „Lalka? Na szesnaste urodziny? Też pomysł! Jaki ty jesteś ciągle dziecinny” – brzmiało w jego uszach.
Zamiast tego szczera wdzięczność i coś, co przypomniało o ich dawnym porozumieniu, o więzi, jaka łączyła kochające się rodzeństwo.
Jodi postawiła podarek na półce, by zebrani mogli się przyjrzeć.
- Hello – wypowiedziała laleczka niskim głosem.
Wszyscy drgnęli, zaskoczeni.
- Pewnie ma wbudowany syntezator mowy – stwierdził roztropnie Tom.
Towarzystwo odetchnęło z ulgą, słysząc logiczne wyjaśnienie.
- Ma twoje włosy.
- I nosek.
- I usta też niemal identyczne – komentowały przyjaciółki.
- Nazwę ją Judi – oznajmiła wszem i wobec właścicielka.
Każda chciała dotknąć pięknej sukienki, loków, maleńkich bucików. Robiły sobie zdjęcia, trzymając ją w objęciach.
Gdy przyjęcie dobiegło końca, a goście rozeszli się do swoich domów, jubilatka zabrała pakunki do pokoju, w którym jeszcze długo paliło się światło.
***
Była już prawie północ. Kopciuszek przeżywał właśnie swój ostatni taniec z księciem, który spoglądał w oczy pięknej dziewczyny z miłością i zachwytem. Jednak bal się kończył, za chwilę miał prysnąć czar, a wskazówki zegara oznajmić powrót do normalności. Jeszcze tylko kilka upojnych pląsów, piruet na drobnych stópkach, wdzięczna poza…
- Poprawię ci loki. Jak zbiegniesz po schodach, musisz zostawić pantofelek, pamiętaj. – Mała Lily instruowała Jodi, trzymając ją mocno w pasie i wykonując zabawne podrygi. – Jak wspaniale wyglądasz, jesteś taka śliczna. Na pewno będziesz bardzo szczęśliwa. – Dziecko wkładało w zabawę całe serce, próbując nie słyszeć hałasów zza ściany.
- Znowu wróciłeś pijany! Mam już tego dość. Słyszysz? – Wyrzuty kobiety były bolesne i ciągle takie same.
- Nie będziesz mi mówić, co mam robić! Ciężko pracuję! Należy mi się chwila odpoczynku. – Męski głos odpowiadał agresywnie.
- Nie dbasz o mnie, o dom, o Lily.
- Ja nie dbam? Zaharowuję się dla was! To ty nic nie robisz! Siedzisz w domu, nawet ugotować porządnie nie potrafisz, i jęczysz, że wciąż ci za mało!
- Jak możesz tak mówić? – Kobieta włącza wibracje strun głosowych. Jest bliska płaczu.
- Wychodzę. Nie będę słuchał tych histerii. – Zatrzaśnięcie drzwi puentuje jego wypowiedź dobitnie.
- A tu masz swoją karocę – mówi dziewczynka, wpychając ją do kartonowego pudełka posypanego brokatem.
Jodi patrzy na nią ze współczuciem, choć na gładkiej powierzchni czoła nie widać żadnych oznak świadomości.
***
Szczelna maska przywarła do niej na stałe. Nie potrafiła jej zdjąć nawet na chwilę, nawet, gdy była sama i nie musiała wykonywać tych wszystkich drobnych gestów, których oczekiwało otoczenie. Przyklejony uśmiech, entuzjastyczne wymachiwanie rękoma, potrząsanie wypielęgnowanymi włosami o zapachu świeżych kwiatów, delikatne palce muskające ucho, by sprawdzić, czy przypadkiem nie odkleiła się powłoka warunkująca przetrwanie w świecie, którego nie stać było na wyrozumiałość.
Jodi siadała na krześle w swoim pokoju, zamykała drzwi i opuszczała głowę, wciskając ją w ramiona. Schodziło z niej całe powietrze, a sznurki wyimaginowanego gorsetu stawały się luźniejsze. Prawie mogła oddychać. Kolejny raz zerkała w bok, na lustro, oceniające bez cienia skrupułów wszelkie jej ułomności.
- Jesteś brzydka – mówiło lustro. – Nikt cię nigdy nie pokocha.
Dziewczyna zapadała się w sobie, coraz mocniej, coraz głębiej, z większą desperacją. Roztrzęsionymi dłońmi próbowała malować rzęsy, nadać ustom wyraz zadowolenia, dookreślić kontury rozmazujące się w smutku.
Spoglądała na siebie raz jeszcze. Warstwa pudru przykryła rumieńce, różowa pomadka dodała ściśniętym wargom zdecydowania. Tylko oczy ciągle szkliły się tak samo, a przecież starała się nie rozpłakać.
- Kim jestem? – pytała głośno, choć cisza nadal grzmiała niewypowiedzianym szyderstwem.
***
- Jestem mała, śliczna Jodi. Taką już pozostanę na zawsze. Pomóż mi. Ten świat nie jest dla mnie. – Lalka była bardzo stanowcza. Musiał się rozliczyć z danego słowa.
- Nie mogę tego zrobić! – wołał zrozpaczony Jared.
- Obiecałeś.
- Nie potrafię! – Chłopak załamał ręce. Całym jego ciałem wstrząsały dreszcze.
- Braciszku, przecież to dla mojego dobra – przekonywała maszkara. – No dalej, chwyć nóż. To nie potrwa długo.
Próbował wstać z klęczek, choć nogi odmawiały mu posłuszeństwa. Podparł się ręką i jakoś zachował równowagę. Po policzkach ciekły mu łzy. Podszedł do straszydła, całego w strzępach tworzywa, które łuszczyło się na całej powierzchni. Spod resztek plastiku wystawały połacie żył, ścięgien i mięśni. Na samym środku biło wielkie, krwistoczerwone serce, osłonięte jedynie cienką, mlecznożółtą błoną.
- Kocham cię, Jodi. Wybacz mi – wyjęczał chłopak i z całej siły wcisnął ostrze w klatkę piersiową.
Jeszcze nim upadła na dywan, jej wygląd zaczął się zmieniać. Odklejone, sztuczne rzęsy, zsunęły się delikatnie po policzkach, gęste loki rozprostowały się i opadły na ramiona. Zamknęła powieki i wypuściła z siebie powietrze, jakby z ulgą.
***
- Mówisz, że była nieszczęśliwa. – Człowiek w białym fartuchu nawet na niego nie patrzył. Niemal bez przerwy bazgrał coś w wielkim, czarnym notatniku.
- Owszem. Chciała, bym jej pomógł. Prosiła mnie o to. – Jared próbował tłumaczyć to, co zaszło. Gdyby nie ten nieszczęsny prezent, pewnie nigdy nie powiedziałaby, co ją dręczy.
- Więc uważasz, że pomogłeś jej w ten sposób?
- Nie chciałem tego, ale… Było mi jej żal. Cierpiała.
- Widzę, że wierzysz we własne słowa. – Zanotował lekarz i podrapał się długopisem po głowie. – Musisz tu zostać.
- Wiem. Nie oczekuję, że może mnie pan zrozumieć – powiedział chłopak i odwrócił twarz z rezygnacją. – Czy rodzice doszli do siebie?
- Twoi rodzice są w żałobie. To zrozumiałe. Nadal nie mogą otrząsnąć się po tej tragedii.
- I nie chcą mnie widzieć? – bardziej stwierdził, niż zapytał.
***
Gdy Lily zaczęła wyrastać na piękną kobietę, zdecydowaną kobietę, której nie straszne były żadne wyzwania i problemy, wciśnięto ją do poplamionego pudła po butach i zawieziono do antykwariatu. Wyczyścili jej ubranie, umyli włosy, dodali kilka kokardek i ustawili na najwyższej półce.
- No, kochana, spędzisz tu trochę czasu – powiedział sprzedawca. Jego ironicznie wykrzywiona twarz wydawała mu się znajoma, chociaż nie wiedziała dlaczego. – To taki czyściec dla zbłąkanych dusz. Wcale nie przesadzam, zobaczysz.
Każdego dnia oglądała ludzi zza witrynowej szyby, jak spacerowali całymi rodzinami po ulicy, śmiali się, rozmawiali, jedli lody. Przy otwieraniu drzwi owiewał ją chłód świeżego powietrza, podnoszący z jej sukienki coraz grubszą warstwę kurzu.
Wieczorem, po zamknięciu sklepu, zostawała sama, z tłumem podobnych do siebie, nieszczęśliwych istot. I nawet nie mogła zapłakać.