niedziela, 23 grudnia 2012

Z tamtej strony trwa noc


Było ich troje, gdy wkraczali w wieczorną mgłę. Było ich troje, a jeden śmierdział jak bezdomny pies, więc w jakiś nieludzki sposób był szlachetniejszy niż pozostali.
Światła latarni wyrywały się z mroku ostatnią siłą woli. Wydawały się chore z wycieńczenia, zalęknione i mdłe. W gęstym mleku unosiły się sine fallusy, a oni, widząc je, chichotali do siebie, spętani więzami swych ramion, szaleni. Te mistyczne bezkresy absurdów przestrzennych dodawały im animuszu, wzmagały zachłanność wyobraźni, karmiły zmysły, wyschnięte już niemal jak dłonie starca.
Środek nocy pełzał na czworakach tuż przed nimi. Nie myśleli o tym, by go gonić, znęcać się nad nim, przygniatając go ciężarem swych ciał. Pragnęli co najwyżej być jeszcze bardziej śmieszni, kompletnie śmieszni i banalni z tą swoją małą, słabą miłością.
Wleźli w błoto po same kostki, coś z pewnością lepiło im się do butów, lecz postanowili brnąć dalej w tę matnię, w jej oślizgłą czeluść. Gdzieś w pobliżu nagie skrzypce zarzęziły sraczką dźwięków. Kolejny wariat próbował właśnie przemienić się w artystę. Rozbryzgane strzępy melodii zanieczyściły powietrze. Spojrzeli po sobie i zrobiło im się żal ulicznego grajka. Rzucili monetę, błyszczącą jak miniatura księżyca. Stanęła na krawędzi, niby znak zapytania, nie udzielając im żadnych wyjaśnień. Zrozumieli więc, że przecież w taką godzinę wszyscy mogli być poetami. Potykać się o własne słowa, pluć nimi na chodnik i rozmazywać czubkiem buta. Tylko po co aż tak się kompromitować, skoro inni patrzą, nękają wzrokiem, jak wszyscy oni - zawieszeni w próżni, anonimowi i wtórni? Dobrze choć, że sprzyja im ta mgła, może nie będzie trzeba się jutro wstydzić kilku chwil słabości.
Idą: „śledząc zawistnie przepaść, gdzie gotowe do skoku szczury żrą się i piszcząc wyrywają sobie strzępy sztandarów”.



Poczuli wyrzuty sumienia, że każdy patos umniejszają do własnych rozmiarów. Mniej więcej metr siedemdziesiąt pięć, sześćdziesiąt siedem kilogramów wagi, rozmiar stopy czterdzieści jeden. Czego można się po kimś takim spodziewać? Nawet dziś? A właśnie dziś są razem, mówią bzdury i nie oczekują niczego, ponad odrobinę miejsca dla tego snu na jawie. Gdyby to mogło wystarczyć. Tylko ten trzeci, zupełnie niewzruszony, zajął się obwąchiwaniem drzewa, by następnie obsikać go, wyrwać się entuzjastycznie do przodu i zapomnieć o wszystkim w tej samej chwili. Zazdrościli mu tego. Bo przecież tym razem nawet nie umoczył mordy w wódce. Twardy był sukinsyn. Nawet jego psi wygląd przestał go deprymować i beztrosko zamerdał ogonem.
Bronili się teraz przed sobą, chociaż nie mieli powodu. Może właśnie dlatego. Gdzieś rozlał im się alfabet znaczeń i słów. A – to było wczoraj, B – jutro, a pomiędzy nimi jątrzyła się rana tego dnia, którego być nie powinno.
Poszli jeszcze dalej, nie pragnąc już zbawienia żadnej nocy. Było ich troje, nie znali się wcale, choć całe życie przyjdzie im pamiętać siebie takimi, jacy byli tego właśnie wieczoru, który, być może, nigdy się nie zdarzył. I nie zdarzy już więcej.
Następnego dnia przywitał ich ranek młody i rześki. Umyli twarz w zimnej wodzie, wypili gorzką kawę i postanowili raz jeszcze dorosnąć, wyzbyć się idiotycznych przesądów, okiełznać rozedrgane myśli, stopić się w jedno z całym światem. Tym samym dali sobie siłę, by kontynuować życie, aż do samego końca. Nim wyszli na miasto w starych butach, czyścili je z pietyzmem, długo i starannie. Minęli monopolowy, by skleić na nowo resztki twarzy, dopasować się do tłumu śpieszącego donikąd. Znów stali się pojedynczy i jednowymiarowi. Ponoć żyją w zgodzie, tuż obok siebie, trzy cienie na ścianie, jeden w kształcie psa. Przestali oddychać, lecz mają się dobrze. Lepiej niż kiedykolwiek.
Przez kolejne dni i tygodnie, ich wspomnienia – te wymiociny czasu, szukały dla siebie ujścia, lecz trafiały tylko na twardą tamę zaprzeczeń i iluzorycznych mistyfikacji. Koligacja z nieubłaganą rzeczywistością postępowała.

piątek, 21 grudnia 2012

Maskarada inności

 
 
Wiem, że cię nie przekonam. Jesteś inny tak jak ja jestem inna. Ale nasze inności nie łączą się ze sobą, jakże by mogły, są takie inne. Nasze inności szydzą z inności drugich, zaprzeczają im, choć są one tak niezbędne by na ich tle budować własne obwarowania. Nie da się tego pogodzić i może wcale nie trzeba. Trzeba, należy być innym w swej samotności, też innej, chłodnej, coraz bardziej wystygłej, coraz to ciaśniejszej w sobie, choć rozległej tak, iż pomieścić mogłaby wszystko. Tyle aż. Nie pojmuje jednak światła, lecz mrok tylko, co pokrywa wszystko, zakrada się jak złodziej by wykraść ostatnie słowo do ciebie, spojrzenie w tym kierunku, gdzie ty, sam, jak ja, marzniesz w ciemności.
Lękam się, nawet nie wiesz jak bardzo, że rozłączyliśmy się już na początku. Ty powiedziałeś – „część”, ja – „witaj” i były to zwyczajne, kłamstwa, bo żadne z nas nie było gotowe by przyjąć to drugie, tak różne, tak nieznane. Przybraliśmy dziwny wyraz twarzy, niby maski, pod którymi kryła się nieosiągalna prawda, a jeśli jej nawet nie było, to może nic się tam nie kryje, żaden wizerunek człowieczy, ludzki kształt. Od początku.
Więc do czego miałam cię przekonać?
A tak, tak, przypominam sobie. Myślę o tym. No bo cóż w tym złego – opowiedzieć cichym wieczorem kilka bajek, nieskładnych może, lichych zupełnie, ale jednak własnych, ułożonych w starannie wyrysowane linijki, liniuszki, karteluszki, do ucha, poduszki, ciepłe, czasem mdłe, naiwne? Jestem tylko ja i ta głuchota świata teraz, no więc wkładam sobie pod oczy czarodziejskie ziarno, które kiełkuje wzrasta, burzy tamy, niewiarę, brzydotę, choćby na krótki moment, na chwilę, sprawiając, iż jutro wstanę zamarzona i wyjdę na ulicę odzyskując nadzieję, że to co spogląda na mnie jej oczyma, tysiącami oczu, nie chce zrobić mi krzywdy.
Śmiejesz się ze mnie. Znów mi się nie udało. Nie jestem zbyt przekonywująca. Mówisz, że rzeczywistość szydzi z marzycieli. Gdzieś rozpełzły się sensy zdolne dać nam pozory porozumienia. Krzywisz się, ja też się krzywię. Nie jesteśmy swoim lustrzanym odbiciem, a przecież przez chwilę w oderwaniu od całości, podobni jesteśmy w tym co nas dzieli. Czujemy. Pustkę. Smutek. Jakaż to prywata? Zwielokrotniona – zagubiona w anonimowym tłumie nas dwojga.
Zejdź na ziemię - mówisz, odrzuć to, co więzi cię w swych pozorach. Dorośnij, otrząśnij się z mrzonek. Czuję się bezpieczniejsza wśród moich bajek – odpowiadam. Marszczysz nos – zaraz staniesz się jeszcze bardziej nieprzyjemny – zaatakujesz argumentami (wg mnie to nie są argumenty – jedynym argumentem wg mnie jest twoja złość) bo wiesz, że nie będę się sprzeczać w obawie, iż zadrży mi głos. To byłby mój koniec. Udręka tłumaczenie się przed samą sobą. Bo w istocie to, że tu jesteś, też jest moim wyborem skoro wiem, co uważasz za słuszne i niesłuszne.
No to wychodzisz na papierosa. Przerwa i nowy oddech przed kolejnym starciem – tym, przed którym zmienisz maskę, by udowodnić zbędność nerwów, kłótni o nic, a tak naprawdę, marzeń dopiero co zdeptanych.
 

wtorek, 18 grudnia 2012

Śmiech – alternatywa (dla) rzeczywistości


Każdego dnia obserwujemy jakieś wydarzenia. Niby odległe, a przecież dotyczące nas samych, naszych bliskich, przyjaciół i wrogów – społeczeństwa. Nie zawsze czujemy się jego częścią, nie zawsze umiemy ustawić siebie "statystycznie", pragniemy być wyjątkowi, nie zaś "powszechni". Nasze reakcje jednak są nader często nie tylko przewidywalne, ale również programowane, zatem nasza wolność, "wyjątkowość", wtłoczona zostaje w pewne schematy, (po)równania, wzory, do których wystarczy tylko podstawić odpowiednie dane, by otrzymać satysfakcjonujące wyniki.

I cóż pozostaje nam, kiedy już wszelkie opory, argumenty, dyskusje, zawiodły? Kiedy najbardziej elokwentna, inteligentna i szczera riposta natrafiła na powtarzające się po raz n-ty, ale ładnie brzmiące, frazesy? Pozostaje jedyna sensowna reakcja, w jaką wyposażyła nas nasza natura – pozostaje śmiech.
 
Wspólnota śmiechu
 
Ironiczny rechot, złowieszczy niemal, i kolejny papieros wyjmowany z wygniecionej paczki. Oto początek ustanowienia enklawy zbuntowanych myślicieli, świadomych tego, że nie usłyszą na publicznym forum żadnej odpowiedzi. W zamian - ideologiczna rozmowa znajomych i szaleńcze błyski w zamglonych oczach, kontrastujące z opanowanymi ruchami dłoni i starannym doborem "obelg". Dlaczego nie? Wszak czas "podwójnej" rzeczywistości, tej "oficjalnej" i tej "prywatnej" się skończył. Czy aby na pewno?
 
Reakcja na absurdalność
 
Śmiech jest najlepszym sygnalizatorem absurdu. Jest protestem przeciw naszej społecznej kondycji, na którą nie tyle nie mamy wpływu, ile wpływ większy mają "animatorzy" środowisk społecznych, czyli ludzie władzy. Jest to swoista manifestacja naszego stosunku do oferowanej nam roli, roli biernej, mało charakterystycznej, masy, bezosobowego tłumu, przyglądającego się dokonywanym grabieżom i niegodziwościom. Śmiech to reakcja, to już początek działania, gdyż u jego źródła leży świadomość, ocena i ustosunkowanie się do niej własną postawą. Jest to kontra dana ogłupiającemu nihilizmowi, który wtłaczany jest do głów nowym pokoleniom. To jawne szyderstwo, wytknięcie Władzy sposobu jej działania, w czym objawia się istotny pierwiastek rewolucyjny. 
 
Rewolucyjny potencjał
 
Rewolucja, groźnie brzmiące słowo, jest symbolem przejścia do nowej, innej rzeczywistości. To proces gwałtownie dokonywanych zmian. Wytrychem do niej może być śmiech – śmiech negujący, oskarżający, podważający, śmiech niosący ze sobą potencjał odnowy poprzez zaprzeczenie staremu porządkowi, poprzez krytykę i odmowę uczestnictwa w obscenicznej parodii, która stanowi "oficjalnie" uznaną normę funkcjonowania państwa, a w nim również społeczeństwa (onegdaj uznawanego na LUD). Odwrócenie pewnych usankcjonowanych wartości, dzięki odebraniu im prawa "powagi", powoduje lawinę konsekwencji, która poddaje teren dla dokonania (się) istotnych przemian.
 
Ku powadze
 
Do postawy TWORZENIA dojść można drogą niewiary. Niewiara ma swój początek w niepewności, niepewność skłania ku poszukiwaniom. Poszukiwania zawsze są działaniem "wbrew", bo wszystko, co zaoferowane jako tzw. pewnik jest niewystarczające, w niektórych okolicznościach wręcz wrogie. Tu pojawia się poczucie nonsensu, absurdalności funkcjonowania otoczenia, które zamyka się w przestrzeni powtarzalności, sztucznie wymuszonych regulacji, nieuzasadnionych niczym nakazów. Taka przestrzeń jest także sferą naszej egzystencji i wchłania ją, przywłaszcza sobie, zniekształca. Dlatego proste słowo - NIE, krytyczne spojrzenie na "podstawy", które pozorują najwyższe, najważniejsze dla wszystkich (wybranych) wartości, są działaniami mogącymi przywrócić nam godność i ustabilizować nasze pozycje w świecie "na opak".
 
Recepta człowieczeństwa

Recepta – śmiech. Zwykły odruch, salwa entuzjastycznego wrzasku, iskra w oku, podniesiona głowa – emblematy człowieczeństwa. Dystans do tego, co obce, co wrogie organizmowi, niosące znamiona choroby, wrzodu, zaognionej rany. Sprzeciw wobec wtłoczenia w obowiązujący dyskurs społeczny, w nagonkę na niebezpieczną (myślącą samodzielnie)"inność", kontynuację spolegliwości, zakłamania, konformizmu. Śmiech jako alternatywa, jako porozumienie i budowanie wspólnoty. Śmiech jako obrona, oswobodzenie umysłu, (moralna) ODNOWA. (Nie)Zupełnie poważna.

 

piątek, 7 grudnia 2012

czwartek, 29 listopada 2012

(bez)siła kreacji


Nie tworzę bólu, nie tworzę lęku, a jednak są one moją własnością, przepowiednią przyszłych dni, gdy liczyć będę minuty oczekując zapomnienia, złagodzenia tych wspomnień, które plamią pamięć.


A przecież chciałam tylko żyć. Czemu to takie trudne, czemu nie mogę wyjść poza kontur wszystkich zdarzeń, których ani nie chcę, ani nie wiem co mogłabym z nimi zrobić. Próbuję zrozumieć, poukładać wszystko raz jeszcze, choć przecież wiem, że nigdy tego nie dokonam i nie pogodzę się z tą niemożliwością. Będę walić pięścią w stół, aż przyjdzie ktoś kogo nie znam i obwinie moje ręce swoją czułością. Być może to coś da. Być może to się kiedyś zdarzy. Być może.

czwartek, 22 listopada 2012

Pod płaszczem widzialności


Na dachu świata, który nigdy nie będzie miejscem odpowiednim dla ciebie i dla mnie, przysiadł skrzypek, zmęczony podróżą przez czas, i gra mi zmyślone melodie, przekłamuje słowa, bym zasnąć mogła tej nocy przy twoim boku, z sercem bijącym leniwie i równo.

Zaciskam powieki mocniej i mocniej, by lepiej dostrzec tę prawdę ukrytą pod płaszczem widzialności. Wyciągam dłonie przed siebie - dotykam twej duszy jaskrawszej niż światła ulicy. Teraz mogę iść przez ciemność jak przez pole bitewne, wszystko jest doskonale znajome.

Odtąd będzie już łatwiej... choćby potykać się tak samo jak wcześniej.
 

poniedziałek, 19 listopada 2012

Karykatura


Kompletna bezradność i wyzucie. Dokuczliwsze niż kiedykolwiek. Nogi chcą gdzieś ponieść, zaprowadzić, ale kopią tylko niewinnego kota, który akurat zabłąkał się w ich pobliże. Żadnej pewności, że coś się zmieni, że cokolwiek przyjdzie samo. Ileż można czekać? Liczę oddechy - ich marność i bezcelowość, związaną ze mną tak ściśle, że chce mi się po nich płakać.
 
Jutro - jest ponoć takie słowo - wyjdę z domu i nie wrócę przez tydzień, miesiąc, rok. Bo choćby błąkanie się po bezdrożach - wydaje się lepszą alternatywą niż ten rodzaj smutku, do którego można przywyknąć, przylgnąć jak mucha do lepu i powolnie skonać. Zatem jutro zniknę. A dziś jeszcze raz wtopię się w tło tej karykatury, rysunku życia, które żyje się samo, by dokończyć tę opowieść, tę przestrogę dla takich jak ja - napisaną przez los - pieprzonego pana ironistę.

czwartek, 15 listopada 2012

Przekora


Tak znów na przekór wszystkiemu, ale z większym zadatkiem sił mentalnych. Karmię się filmowymi fabułami odrzutków, wrażliwców, artystów. Zabawne, że mam tyle lat ile mam i wciąż najbardziej lubię uciekać od rzeczywistości, buntować się, sprzeciwiać, szukać alternatyw. Marny procent socjologicznego przystosowania, ale czy da się inaczej by bronić swej tożsamości, integralności? Być może, ale zapewne w jakimś zakątku bezpiecznej fatamorgany, a przecież poczucie zagrożenia powoduje, że idzie się przed siebie, nieważne dokąd, w pustkę nawet, ale swoją, swój wybór.

czwartek, 8 listopada 2012

Nie mów mi o tym


Wiem, że w przychodni lekarskiej spotkałeś tę ładną dziewczynę, z którą czasem mijaliście się na mieście. Rozmawialiście długo dla zabicia czasu. Zaprosiłeś ją na kawę, bo przecież było tak przyjemnie, a ona coraz bardziej ci się podobała. Nie, nie zrobiłeś nic złego. Kiedy później wracałeś do domu, myślałeś o niej. Uśmiechałeś się pod nosem, przypominając sobie strzępki zdań, które wypowiadaliście ostrożnie ponad parującymi filiżankami. Tylko przed wejściem na klatkę schodową pomyślałeś o mnie i skrzywiłeś usta, bo to wszystko jednak nie było dla nas dobre, a ty, tak znikąd, znów poczułeś się takim samym jak dawniej skurwysynem. Tego dnia postanowiłeś już więcej do mnie nie dzwonić. Ja to wiem, choć przecież mój telefon milczy. Nie musisz mi mówić podobnych rzeczy. Nigdy mi o nich nie mów.


poniedziałek, 5 listopada 2012

Rozmiary nieba


W ten piątek zmierzch zapadł za wcześnie. Wydawał się zwistunem jakiegoś końca. Cichutko zamknęliśmy za sobą zieloną furtkę. Szliśmy równym tempem, blisko, razem. Nie potrafiliśmy mówić o niczym innym, prócz rzeczy najważniejszych. Mówiliśmy więc o nas. Pewnie dlatego częstowaliśmy się słowami jak tanim winem, tak jak i my - słodko-cierpkim. Ktoś słuchający z boku wziął by nas za szalonych, oderwanych od rzeczywistości głupców.


Nie chciałam wtedy trzymać cię za rękę, chciałam żebyś nie odszedł poza obręb światła, lecz wiedziałam, przeczuwałam już, że twoją porą jest noc, noc pełna zwid i wypaczonego sumienia. Próbowałam więc zapomnieć czym jest sumienie, czym oczekiwania świata, czym prosty krok bez potknięć i zachwiań. Rano obudziłam się zmęczona, ale uśmiechałam się do fantazji o takim tobie. Postanowiłam uciec od wszystkiego co pozornie znajome, by zachować maleńkie szczęście, które tamtej nocy rozrosło się do rozmiarów nieba.

poniedziałek, 29 października 2012

Nie jestem smutna


Nie jestem smutna
te dwie łzy to tylko błogosławieństwo oczyszczenia
Nie patrz na mnie
z chwilę znów będę inna
okrążę swoje sumienie
którego jest więcej niż wczoraj
rozdrapię stare rany
by przypominać więdnące drzewo
dojdę dokądś
żeby móc powrócić
tą drogą
na której ślady stóp
tworzą melodię czasu

czwartek, 25 października 2012

Granica światów


Przykryj mój świat swoim światem
otul jak dziecko kołderką w baranki
przypieczętuj obietnicą że zawsze
w każdej chwili kraść będziesz księżycowi oddech
wyssiesz słodkie czary
ofiarujesz smak nocy
będziesz opowiadał bajki:
narodziliśmy się wczoraj,
a życie sprawi nam ból

piątek, 19 października 2012

Wyczekiwanie jutra



Ot, tak, pierzchła mi poezja,

wylazła spod cienia, który przygniatał jej miękkie ciało

słowa rozbiły się na kamieniach

ich truchła porwał wiatr z zachodu

jeśli w ciszy nie odnajdę sensu dnia

jutro może nie przyjść.

środa, 10 października 2012

Gdyby odgłos kroków rozganiał ciszę...


Byłoby pięknie móc się określić, opowiedzieć słowami, zostawić namiar na swoją duszę w nadziei, że ktoś do niej dotrze, tak po prostu, po schodach w górę i na lewo, ostatnie drzwi po prawej, najpierw zapukać trzy razy, być może otworzę, jeśli akurat będę w domu.

piątek, 5 października 2012

Droga od świtu do świtu


Idę. Nic mnie nie trzyma przy sobie. Jestem punktem, z którego można wyruszyć.

A więc znów budzę się gdzieś na ławce dworcowej. Przechylam plastikowy kubek, kawa wciąż jest gorąca. Nie ma znaczenia, gdzie jestem. Jeszcze nie dotarłam na miejsce. Wiem, że muszę zdążyć na następny pociąg, poczuć w sobie drogę. Rozpoznać ją i być pewną, że jest tą właściwą.



Czasem przystanę na chwilę, zapalę papierosa, przypomnę sobie o tym, co już za mną. Po raz kolejny zbudzę się do nowego wyzwania, gdy usłyszę niewyraźny głos, bliski, daleki, przypadkowy, a jednak skierowany do mnie. Bo skoro życie jest sumą przypadków... Można je przez nie odmieniać, wyrażając siebie, stwarzając nowy język, który, być może, opowie nas do końca.

poniedziałek, 1 października 2012

Pytania retoryczne


Byłoby prawie pięknie, gdyby pozbyć się tego odrętwienia, złapać oddech, odrzucić wszystkie ciężary niepewności, i przyjrzeć się wszystkiemu wokół raz jeszcze, z innej perspektywy, z odchylenia wobec poprzedniego siebie. Poczuć pulsowanie świata, jego naturalny rytm, który nie zagłuszyłby melodii naszego serca, lecz współgrał z nim, tworząc jedyną w swoim rodzaju muzykę istnienia, ogarniającą i wyrażającą całość, a nie tylko strzępki rozrzucone w nieładzie.

Gdyby tak móc oderwać się i wpasować w rysunek świata wg innych reguł, reguł ustalonych na dziś, może na jutro, może na zawsze? Gdyby wyjść oknem, a nie drzwiami, i badać przestrzeń stopami, co krok inaczej, od nowa, po raz pierwszy? Wypowiedzieć się bez słów, całym sobą, bez nadmiaru środków, bez kłamstw i wypaczeń?

Czym wtedy byłoby niebo nad nami? Czym pytania, które dręczą po nocach cyklicznie, jak tykanie zegara? Czym byłaby ta godzina, która nagle przynosi to pragnienie?

A gdyby wszelki ruch ustał, czas zatrzymał się w miejscu, gdy tylko spełnią się nasze dążenia, a stan permanentnego poszukiwania odpowiedzi przestał być naszą naturalną formą trwania w świecie? Czy to nie oznaczałoby końca? Koniec końców to brak wyzwań, brak powodów do podważania tego, co jest, brak celu i sensu.

Ale mogę się mylić i nadal marzyć, prawda?

czwartek, 27 września 2012

Paradoks niezmienności


Ludzie - którzy sami są przecież procesem - boją się tego, co niestałe i zawsze zmienne, dlatego wymyślili coś, co nie istnieje - niezmienność, i uznali, że to, co wieczne i niezmienne, jest doskonałe. Przypisali więc niezmienność Bogu. I w ten sposób stracili zdolność rozumienia go.

Prawiek i inne czasy, Olga Tokarczuk

piątek, 21 września 2012

Szyfrowana magia


Gdzieś blisko mnie, poza zasięgiem wzroku i rąk, na kilku pajęczych nóżkach, odchodzi magia tej godziny, tego dnia. Stara się uciec ode mnie, odgrodzić się szczelnie maską niewidzialności, wtopić w tło tarczy zegara lub wleźć pod poplamioną śladami kawy serwetę. Nie może znieść mojej niepogody i przygaszonego spojrzenia. Każe się szukać usilnie, błądzić opuszkami palców po fakturze mebli. Ze strzępków zostawionych w drogowskazie chce być zbudowana raz jeszcze. Nie mam wyboru. Muszę iść. Nie sposób bez niej wytrwać do wieczora.

piątek, 14 września 2012

Para na szybie


Dziś znów mi się przyśniłaś. Taka jak wtedy. Nie potrafię widzieć cię inaczej, choć zawsze ubieram twe ciało w inny kolor, i mam wrażenie, że tym sposobem mnożę to spotkanie, uwiarygodniam, dając sobie kolejną szansę na miłość, na czułość, którą brutalnie wyrwałem z serca tym krótkim wyznaniem, przepowiednią przyszłych dni: „Odchodzę”. To był listopad, pamiętam. Nazajutrz zrobiło się zimno. Czasem nie wierzę już, że istnieją inne pory roku. Przeszywają mnie chłody i pamiętny kontrast tamtego dnia, taki kadr wspomnienia, taki mały, zasuszony motyl, para na szybie...

czwartek, 13 września 2012

Zakreślony kształt dymu


Pamiętasz może jak kupiliśmy wino, w smaku nieco zbyt cierpkie, które postanowiliśmy wypić nad rzeką, pełną o tej porze roku małych, szarozielonych rybek, opływających każdy kamień z gracją, gubiących na krótki moment swój określony kształt, by naraz zniknął on w przestrzeni wody, rozpękł się jak mydlana bańka i wrócił jak żart o puencie zawsze odnajdującej się na końcu? Pamiętasz jak przytuliłaś się do mnie, otarłaś o mój policzek, niegolony od trzech dni, taka dobra średnia, jak wyciągnęłaś przed siebie nasze splątane dłonie i oboje poczuliśmy, że coś zaczęło się zmieniać, coś się wtedy wydarzyło o czym nie chcieliśmy mówić, zbyt smakowało nam wino i ten zbliżający się wieczór? Odnalazłaś mi się wtedy lub raczej to ja się w tobie zagubiłem, wydawało się przez chwilę, że coś mi odebrałaś, jakąś ważną część, i że mógłbym zanurzyć się w tej szumiącej wodzie, zniknąć jak ryba, oddać się nurtowi, w który wniknęłyby wszystkie moje siły i zaniepokojone myśli. Zdmuchnąłem jednak to wrażenie z ust nim przywarło tam na dobre, i zapaliłem papierosa. Patrząc na rysunek twego profilu poprzez dym, poczułem się bezpieczniej.

środa, 12 września 2012

Tamte dni


Wiadomości z tamtych dni były dla mnie nieczytelne. Jedynie ty potrafiłaś zachować dumę niekochanej kobiety, a może po prostu znałaś mnie lepiej? Dziś już temu nie zaprzeczam tak stanowczo, ale wtedy, wtedy nie byłem przygotowany na taką ciebie, małą i zmysłową, patrzącą na mnie z zarysem żalu, gdy wychodziłem z myślą, że już nigdy do ciebie nie wrócę, lub kiedy odsuwałem się na drugi koniec pokoju, by marzyć, by analizować i oddawać sobie, w pewnym stopniu i tobie, bezcenne godziny strachu i niepewności, obcości przyrzeczeń i nierealnych planów na życie. To nie było takie trudne. Wystarczyło o tobie zapomnieć i być sam na sam z własnym bólem, rozczarowaniem sobą i światem, rozliczać się wg wzorów z tabel, schematów i innych powikłań, choć to tylko abstrakcje, odciski na kuchennym blacie, mysie pojękiwania, takie głupstwa.

czwartek, 6 września 2012

Najgorszy z grzechów


Wyrzut sumienia

Popełniłem najgorszy z grzechów
Jakie człowiek może popełnić. Nie byłem
Szczęśliwy. Niech lodowce zapomnienia
Powloką mnie i zatracą, bezlitosne.
Rodzice poczęli mnie dla gry
Z życiem, ryzykownej i pięknej,
Dla ziemi, wody, powietrza, ognia.
Zawiodłem ich. Nie byłem szczęśliwy. Spełniona
Nie została ich wola. Mój umysł
Zajął się symetrycznymi sporami
Sztuki, przeplatającej błahostki.
Zapisano mi dzielność. Nie byłem dzielny.
Nie opuszcza mnie. Jest zawsze przy mnie
Cień nieszczęśnika, jakim byłem.

Jorge Luis Borges

wtorek, 4 września 2012

Tysiąc obliczy wszechświata


Do lustra

Nieustające zwierciadło, skąd w tobie tyle uporu?
Czemu powtarzasz, bracie tajemniczy,
ruch mojej dłoni, który zda się niczym?
Skąd odbicie nagłe wśród cieni wieczoru?
Jesteś drugim ja, tym od autora greckiego,
i od zawsze się czaisz. W gładkości
niestałej wody lub w kryształu twardości
szukasz mnie wszędzie, daremnie ślepego.
To, że cię nie widzę, ale twoją obecność czuję,
zgrozę powiększa. Za przyczyną czaru
ważysz się liczbę rzeczy mnożyć bez umiaru,
Którymi jesteśmy i z których nasz los się buduje.
Kiedy śmierć mnie zabierze, powielisz innego,
a potem innego, innego, innego, innego...

Jorge Luis Borges

piątek, 31 sierpnia 2012

W obrębie cienia


Dziewczyna uwięziona w resztkach świątecznego dnia. Jeszcze psy nie obgryzły wszystkich kości, wysysają szpik jej myśli. Walczą między sobą o obsesyjnie chude ramiona, wystające łopatki, brudne paznokcie.

Jeszcze podłoga pachnie detergentem, wydziela woń orchidei, egzotycznego kwiatu wprost ze snów niedzielnych.
Nikt by nie uwierzył, że tę przestrzeń rani smutek zbyt wielki, by spakować go do plecionej torby i uciec, dokądkolwiek.
Przyciska go więc do piersi, dyszy porażona wyraźnym odciskiem chwil wypaczonych, po prostu, przywleczonych ze śmietnika, ciągle zbyt bliskich by spocząć, by oderwać się od tego widoku, który ogranicza, więzi, nakazuje przynależność do miejsca spłaszczonych słów, szeptów, zaklęć.

Potargane włosy zasłaniają twarz bladą, nieruchomą prawie. Zakrywają oczy i usta wciąż głodne, nienasycone, poranione bólem, który spada nitką śliny na miękki dywan, wilgotny już, niemal współczujący.

To ona.
Nie widzisz jej.
Nie widzisz.
Uciekła w milczenie.

Zamknij oczy.
Tam ją ujrzysz.
Pogrążoną w cieniu.
Dziewczynę uwięzioną w resztkach świątecznego dnia.

środa, 29 sierpnia 2012

Jeszcze nie teraz


Jeszcze nie wiem czy mogę odtajać, pokonać sztywność nadgarstków i myśli. Spoglądać na słońce wprost, nie zważajc na chłodne cienie, które wpadają pod nogi, starając się usidlić każdy odcisk buta.
Jeszcze nie wiem czy ta pora dnia jest dla mnie właściwa. Wiem tylko, że snem jest ta chwila i nie mam jeszcze odwagi się obudzić. Każdy kolejny dzień wkrada się do kaledoskopu, który swe barwne konstelacje ograniczył do przejaskrawień szarości. Ale przecież gdzieś tam jest przestrzeń, w której urosnę i zakwitnę na nowo.

czwartek, 23 sierpnia 2012

Rewolucja

 
W szkole wybuchła rewolucja. Niby jeszcze nic takiego się nie dzieje, ale w powietrzu
wisi już to, co nieuniknione. Coś się zmieniło. Atmosfera jest napięta. Po rozległych, pustych
korytarzach ukradkiem przemykają jakieś cienie. Jest cicho jak zawsze, ale po kątach, w szarudze
kurzu, słychać złowrogie szepty...
Nauczyciele są zaniepokojeni. Domyślają się,że ich bezwzględna władza została
podważona. Jeszcze starają się trzymać wszystkich w ryzach, lecz świadomi są tego, że ten
narzucony porządek wszechrzeczy nie potrwa już długo.
Jest wieczór. Zapadający mrok ściele się brunatną, postrzępioną tkaniną po labiryntach
długich korytarzy. W odgłosach martwych murów czai się nieme wzburzenie. Jakiś popłoch udziela
się nawet leniwemu pyłowi zaścielającemu zimne powierzchnie. Szybkie kroki przemierzają
schody. Powracające echo łamie regulaminy wiszące w szklanych gablotkach. Sprzeciw buduje
sobie własne drogi, ustala prawo wśród ciemności ciasnych sal. Rzędy ławek rozprężają się, łakną
świeżego oddechu i zakazanych słów. Krzesła rysują podłogi ze zgrzytem. Cienką kreską piszą
wszystkie obelgi świata, uskarżają się pod ciężarem jarzma. Zbuntowane okna otwierają swe śliskie
ramiona na oścież, by zaprosić do środka wilgotną szarość lepkiej mgły. Białe tumany snują się jak
nocne mary pokrywając sprzęty warstwą mokrych iskier. Nawet obojętne na wszystko myszy,
zaaferowane zmianą, uciekają pod nogami, biegnącymi gdzieś i po coś.
Hasło zabrzmiało między przerażonymi ścianami. Dźwięk ogłuszający sumienie odbił się
od sztywnych popiersi i witryn. Zadrżały posady budynku. Piwnica wydała głuchy jęk. Rumor
dziesiątek stóp napełnił wrzawą wszystkie arterie pięter. Starzy profesorowie pobiegli na najwyższy
poziom szkoły, tuż pod sklepienie dachu. Urywane rozmowy wypływały z ust z prędkością
wezbranego potoku. Przyspieszony rytm serca, wezbrana krew uderzająca o kanały tętnic, szumiały
wyraźnie rozedrganą muzyką lęku. Przy schodach ostatniej wieży małe drzwi stanowiły ostateczną
barierę. Belfrowie podejmują decyzję. Niebawem słychać dziwny łoskot. Ich statek właśnie startuje
odrywając się od spadających w dół dachówek. Odlatują....

 

środa, 22 sierpnia 2012

Obawa próżni


Dopadało go jakby nagłe zawieszenie. Nawet powietrze zdawało się zastygać w oczekiwaniu. Cisza przed burzą, nawałą szaleńczego żywiołu, który dopadnie i zmiażdży całe miasta, wsie, lasy i połacie pól. Przychodził strach, że coś, nie wiedział co, zmieni się raz na zawsze, zniekształci rysunek, który znał tak dobrze. Bezpowrotnie rozetnie jego podszewkę. A jednak przyklejał się do tej chwili, leniwie lecz zdecydowanie zagarniał ją dla siebie, niby ostatnią kroplę wody, życiodajną i cenną. Nie poruszał się, niemal nie oddychał. Uczuwał jednocześnie wydrążenie i sytość. To, co między nimi wydawało się równowagą, jakiej szukał, brakiem pragnień. Próbował stopić się z nim, przytrzymać się go jak koła ratunkowego, ale zawsze w końcu doznawał zawodu, wyrzucony na brzeg tego wrzącego nurtu. Zostawał daleko od siebie. Ten stan był znamiennym pierwiastkiem ludzkiego rodzaju.



Rozganiał te myśli. Jakkolwiek. Zapalał papierosa lub włączał pierwszą lepszą płytę czy radio. Rozproszenie natręctwa było formą ratunku. Koniecznością. Tylko wtedy mógł znów funkcjonować, wracając do czekających obowiązków, do zajęć, do tych ważnych spraw, które nie były powiązane z nim, ale w pewien sposób odbijały się w jego osobie, przywracając mu spokój. Wracał do czasu niepamięci i zgody na wszystko. Brak świadomości jest wszak łaską większą niż objawienia.


poniedziałek, 20 sierpnia 2012

Iluzoryczność istnienia


 Bywało pięknie. Zdarzały się takie dni, gdy uroda świata sama kleiła się do rąk, niby podarek losu, nagłe zaskoczenie, nieprzewidywalność, wszechobecna rozrzutność, okaleczająca wyuczony sceptycyzm zapatrywań. Ale, zawsze musi być jakieś ale odkąd przestaliśmy być dziećmi, rozum już wtedy podpowiadał, nie pozwalał się zwieść jasności i brakowi ciemnych chmur na horyzoncie, że to, co dobre musi się kiedyś skończyć (tak samo nagle jak przyszło), by trwać mogło to gorsze, ułomne - to tło dla całej reszty, to paskudne rusztowanie, na które nawleka się ulotne pajęczyny - stylowe konstrukcje słodkich iluzji.
   

sobota, 11 sierpnia 2012

Niemożliwości


- Kocham cię - mówiła. I zaraz sama dziwiła się tym słowom, bo przecież w pobliżu nie było nikogo. Przyłapywała się na tym, iż rzucała w przestrzeń to wyznanie, gdy była zupełnie sama. Zapewne z boku wyglądałoby to śmiesznie. Lecz wiedziała, że mówiła prawdę. Jedynie wtedy mogła swoją prawdę wypowiedzieć. To było jak smakowanie tych wyrazów, tego rozczulenia, które powodowały. Ale nie tylko to. Gdzieś podskórnie czuła, że wypowiada je jakby w innym czasie, być może, tak marzyła, tym, który ma dopiero nadejść. Jednak był on dla niej równie rzeczywisty jak teraźniejszy, utożsamiany przez nią z czasem oczekiwania, z etapem, jaki trzeba przejść, przetrwać, by przygotować się i dojrzeć do następnego, przyszłego. Do tego, co ma nastąpić.

- Kocham cię - wypowiedziała już bardziej świadomie, radując się w myśli, że On jest tak blisko, by szeptać mu do ucha, omiatać go oddechem. I choć jeszcze go nie widzi, to czuje go, czuje go całą sobą. Wie, że jest, że istnieje. To jedno wie na pewno.

Nie może być inaczej, bo jeśli...

Niemożliwie przecież by mówiła do siebie z tak prozaicznego powodu, że rozpaczliwa samotność doprowadza do skrajności, halucynacji, omamów, desperackich wizji lepszego życia, że po kolejnej plątaninie myśli znów wraca się do tego samego punktu, z jakiego się wyruszyło, kiedy to przed oczyma zjawia się szyderczy i przejaskrawiony obraz, tak dobrze znany, do obrzydzenia, do rozczarowania, obraz przedstawiający naszą własną twarz. Twarz skrzywioną bólem, wciąż niedowierzającą, że tutaj, że teraz, że ja...

I nic więcej...(?)...

wtorek, 7 sierpnia 2012

Dostępność czy wybór?


Dlaczego łatwiej stykać się z brudem życia niż z jego pięknością? Jest to kwestia dostępności czy wyboru? To co skalane błaga o litość, o wyciągnięcie ręki i naprawienie krzywdy, wygładzenie zmarszczek, wyrównanie fałd i zagnieceń. A piękno – przyprawia o konsternację, znieważa swą doskonałością, harmonią, wyzywa do podtrzymania wysokiego poziomu, poziomu obłoków, nieba, co jest niemożliwe, wszak wszystko, co istnieje kontrastuje ze sobą, jest nierówne, nieporównywalne, zmienne. Dlatego piękno jest niebezpieczne i aż prosi się o dewastację, interwencję, która przyniesie ukojenie, która podważy ład, wprowadzając anomalię, tak dookreślającą naturę bytu.

piątek, 3 sierpnia 2012

Ofiarowanie


I wiem już, że uczynię znów ten sam gest. Położę się na wilgotnej ziemi, wniknę w jej skórę pokrytą milionem bruzd i kraterów, a ona wniknie w moją. Rozłożę ramiona i nogi by przypominały krzyż, symbol dobrowolnej ofiary, i tak będę czekać, nieruchomo i ufnie, aż niebo, całe wypełnione tym wzrokiem, napęcznieje od żądzy posiadania, spadnie na mnie nawałnicą grzmotów lub łagodną bryzą wieczornej mgły.



Liczę tak długie minuty, mnożą się jak te ziarna piasku pode mną. I sama też noszę w sobie takie ziarno. Plenię się i rozrastam pod gorącym okiem złotego słońca, które widzi mnie tutaj, wszędzie, zawsze.


czwartek, 2 sierpnia 2012

Strachy

Gdy nastaną nocne chłody, strachy wyczołgają się z zatęchłych zakamarków, piwnic, poddaszy, spiżarni, i podejdą pod gardło, by ścisnąć je lękiem, który nie ma końca, bo i jego początek narodził się w nieokreśloności.



Ogień świecy mami groźne potwory, słychać trzepot ich skrzydeł i nie sposób nazwać tego tańca rozchichotanych widziadeł, cieni – tych pełznących po ścianie larw.

poniedziałek, 30 lipca 2012

Oniryczne zjawy


Lipcowe, parne noce. I te sny, które obchodzą rzeczywistość naokoło, stają do niej w opozycji, choć przecież, być może, są jej zmętniałym zwierciadłem, i ciągle, w nieskońconość zaklinają ją, jej powszedniość, przeszłość i przyszłość, będąc niespełnioną przepowiednią, lub proroctwem źle odczytanym przez ludzki rozum.



Oniryczne zjawy przenikają przez słabnące bariery świtu i dumnie przechadzają się między nami.

środa, 25 lipca 2012

Deszczowo


Pomiędzy kroplami deszczu zjawiła się nuda. Między jednym a drugim uderzeniem o parapet. Świat za oknem zszarzał, zaczął się rozmazywać w konturach. Taki nierealny, a przecież żywy w tej odnowie natury.



Odliczam długie minuty w nadziei na nowy początek. Jeśli jest jakiś nowy początek dziś jestem na niego gotowa.

środa, 18 lipca 2012

Granice indywidualności


Odbijam się w tobie
ciągle na nowo uczę się siebie
przez ciebie
leniwie rozciąga się czas
mijają lata
zacierają się granice
między mną a mną przy tobie
nie umiem unieść już ciężaru indywidualności
i synchronii dwóch światów
z których jeden jest prawdziwszy
drugi to tylko martwa kalka
zapisana koślawym pismem
wyrwana kartka z zeszytu
porzuconego na brzegu rzeki
płynącej gdzieś przed siebie

wtorek, 17 lipca 2012

Zwyczajne...


Byłam kiedyś zwykłym dzieckiem, tak mi się wydaje, ale to są właśnie te wspomnienia, które zatarły się z upływem czasu, tak po prostu, jak oszlifowane wodą kamienie, straciły swą barwę i pierwotny kształt. Byłam kiedyś dzieckiem, które bało się ciemności, burzy, skrzypienia pod podłogą, tak mi się wydaje. Pamiętam, że wtedy przybiegała do mnie mama, nawet w środku nocy, i mocno przytulała, a potem odprawiała swoje zaklęcia, by złe sny odeszły, a niebo znów stało się rozległe i pogodne. To były te chwile, gdy czułam się szczęśliwa i bezpieczna. Wystarczyło bym zanurzyła twarz w gęste włosy mamy, w jej przepastną suknię, czując przy tym zapach świeżo ściętych, polnych kwiatów, od razu zapominałam o strachu, płaczu, bólu. To było takie łatwe, takie oczywiste. Może właśnie dlatego tamte lata umknęły z pamięci, szybko, zostawiając po sobie tylko zapach uschniętych roślin.

***

Ojciec zawsze był daleki. W każdym znaczeniu tego słowa. Często wyjeżdżał w interesach, a gdy był z nami, prawie się do nas nie odzywał. Nie wiem czy kochał moją matkę. Mówili, że to było małżeństwo z rozsądku. Różnili się od siebie tak bardzo. Zdaje się, że był bardzo samotnym człowiekiem.

Byłyśmy zatem we dwie, ja i mama. Bawiłyśmy się na wzgórzach. Zamykałam oczy i liczyłam swe kroki. Wiedziałam, że ona nade mną czuwa i nigdy nic nie może mi się przytrafić. Gdy stąpałam nieostrożnie, gdy kamienie uciekały spod moich dziecięcych bucików, w pobliżu mogłam odnaleźć jej wyciągniętą rękę. Była ciepła. Zawsze.

Pewnej zimy jednak ona zachorowała. To był trudny rok dla nas wszystkich. Ojciec chodził podenerwowany, interesy szły marnie, letnie susze i jesienne ulewy zmarnowały plony. Nie jadaliśmy już tak dostatnio jak wcześniej. Mama chciała jakoś pomóc, wykazać się zaradnością, dobrą wolą, udzielić się w gospodarstwie, ale była zbyt słaba, delikatna. Pamiętam jak służąca zawołała mnie do niej tego wieczoru, gdy na dworze szalała zawierucha. Siedziałam zasłuchana w odgłosy zza okna, przez które niemal nic nie było już widać, gdy Roza powiedziała, że moja matka pragnie mnie zobaczyć. Pobiegłam do niej uradowana, chciałam jej się pochwalić, że już nie boję się ciemności, że przy domowym piecu czuję się dobrze i za nic na świecie nie wyszłabym na dwór, na mróz i śnieg. Gdy jednak weszłam do jej pokoju, poczułam dziwną woń, która zupełnie do niej nie pasowała. Nic nie mówiła. Oczy miała zamknięte, sine. Wyciągnęła do mnie swą wychudłą dłoń.

- Córeczko... - szepnęła i dotknęła mojego policzka.

Nie miała sił by mówić. Kazali mi jej nie męczyć i iść do siebie. Nie pozwolili mi jej dłużej oglądać. Mojej mamy.

***
Następnego ranka wstałam jak gdyby nigdy nic. W białej koszuli snułam się po domu, czekając, aż zawołają mnie na śniadanie. Jednak tego dnia nikt nie pamiętał o śniadaniu dla małej dziewczynki. Trzeba było umyć i przebrać panią domu. Trumnę zamówiono już tydzień wcześniej.

***

Potem wszystko się zmieniło. Nie byłam już bezpieczna. Zostawiono mnie samą w wielkim pustym domu. Mój ojciec nie chciał mnie znać, chyba tak było od początku, ale dopiero teraz ten fakt widziałam z całą wyrazistością. Miałam siedem lat, zostałam sierotą. Byłam przezroczystą córką wiatru i samotnych wzgórz, porzuconą przez świat ludzi.

***

Każdy dzień zaczynał się i kończył tak samo. Nikt nie troszczył się czy jem i czy, a raczej gdzie, sypiam. Przestałam się czesać i myć. Biegałam po lesie i polach, śpiewałam piosenki, które sama wymyślałam. Wymyślałam wiele rzeczy, wiele historii, które nigdy się nie zdarzyły. Mówili, że opętał mnie demon, że dziczeję, staję się zwierzęciem. Może tak faktycznie było. Nie wiem. Wiem tylko, że rozpaczliwie tęskniłam do mamy, do jedynej osoby, która okazywała mi miłość. Czasem jeszcze czułam, nieco instynktownie, ale czułam co to słowo znaczy. Zwłaszcza wtedy, gdy zmęczona ściganiem się z chmurami, zasypałam pod wielkim, błękitnym sklepieniem i wydawało mi się, że ktoś mnie dotyka, głaszcze moje stargane włosy, rzęsy, policzki. Przez chwilę było mi tak ciepło jakby naraz zajaśniało tylko dla mnie wielkie, zachodzące nad równiną słońce.


- Mamo...- szeptałam – mamo, mamusiu. - i budziłam się z tymi słowami i smakiem łez na ustach. Jedyna modlitwa dzieciństwa jaką zachowałam w pamięci tak się właśnie zaczynała.

***

Przyszedł czas, gdy mój ojciec przypomniał sobie o mnie. Miałam dwanaście lat a on, jak gdyby nigdy nic, stwierdził, że trzeba zająć się moją edukacją. Gdy przyprowadzili mnie do niego, ugryzłam go w rękę. Nie wiedziałam przed kim stoję. Postarzał się, a i ja się zmieniłam, zapomniałam wiele. Był dla mnie tak samo nierealny jak ja dla niego. Był niewyraźny. W ciszy, jaka zapanowała w jego gabinecie odnalazłam dziwne, złowrogie napięcie. Zrozumiałam, że się mnie bał. Nie sądzę, że to uczucie było dla niego czymś nowym. Być może bał się mnie od zawsze.

***
Poddałam się wyrokowi losu, choć to poddanie nie wynikało z dobrej woli, nie było też takie oczywiste. Prawdę mówiąc musieli namęczyć się bym chciała wykonywać najprostsze czynności podług ich woli. Rwali sobie włosy z głów na widok poplamionych prześcieradeł, w które wrzucałam błoto ze stawu, czy też nieczystości na dywanie w salonie. Ale ja wiedziałam, że postępuję właściwie. Tylko ja to wiedziałam i moja mama, która wciąż tu była. Czułam ją, zapach ściętych, polnych kwiatów i jej ciche kroki zdążające by mnie znów utulić i uspokoić. Czułam ją znów.

***

Nie byłam normalnym dzieckiem. Tak to pamiętam. Chociaż inni wmawiali mi różne wersje wypadków. Ja zawsze wiedziałam. Wiedziałam kim byłam. Nikim. Zawsze byłam nikim. Nie miałam twarzy, pod którą mogłabym się rozpoznać. Byłam więc nikim. Nie istniałam naprawdę. A jednak wszystko co przeżyłam bolało prawdziwie. Nie umiem lepiej tego określić. Bo czymże jest prawdziwy ból? Nie wiem. Nie nauczono mnie tego. Chociaż, może się mylę?

***

Zawsze, zawsze to samo. Pragnienie nieistnienia, nieistnienie, przeplatają się ze sobą. Byłam, jestem, i ta cienka granica między nimi. Między dwojgiem bez imion. Nie wiem, nie nauczono mnie tego. Mam ręce, wiem. Są okrutne i silne. Ale nie potrafią zaplatać warkoczy, nie zbierają ziół ni makowych płatków. Cóż mam z nimi zrobić? Ona by wiedziała. Wyjaśniłaby mi. Opowiadałaby godzinami, głaszcząc moje napuchnięte nadgarstki. Wycierałaby krew i zastygłe niby w muślinie muszle znad jeziora.


***
Urwisko kołysze się pode mną. Nie martwię się. Znad klifu zawsze wyraźniej widać morską pianę. Tam spotykam mamę, białą, jaskrawą ja wtedy, na pościeli, co nie chciała ją ogrzać, co wysysała z niej oddech, raz za razem, raz za razem, zabierała ją. Zabierała ją mnie. Widzę ją teraz. Ma długi warkocz, piękniejszy niż kiedykolwiek, splątany mglistym wspomnieniem, chwilą, która, być może, nigdy się nie wydarzyła, nie pamiętam. Taką kocham ją z oddali, tak jak ona macha mi długą szatą, bez przekonania, widzi mnie, nie widzi, nie możemy się odnaleźć, jeszcze nie teraz, wiem to.

***

Ale to nic, jeszcze nie czas. Jestem duża, muszę nauczyć się wielu rzeczy by pójść tam, gdzie jest ona, dorosła kobieta, żona, matka. Moja matka. Teraz jest pora by żyć, mierzyć się z własną niemocą, ofiarą dla świata, takiego okrutnego, takiego mściwego. Wszystkiego trzeba doświadczyć, wszystkiego spróbować, upadać, podnosić się, upadać. Czekać na drogowskazy, gubić się, znów czekać. Mama tak by powiedziała. Ona zawsze miała rację, nawet gdy się myliła. To też było potrzebne. Jej i mnie. Tak było, chyba to pamiętam.

***

Jestem dorosła. Mam dwadzieścia lat. Czas minął szybko, nauczył mnie czekać na coś, co być może nigdy nie nadejdzie. Chciałabym być już z mamą, ale nie wiem czy wypada ją o to prosić. Może zagniewa się, że znów wołam o prezent, na który nie zasłużyłam?

- Nie wolno być zachłannym. - powiedziałaby. - To nieładnie. - Musisz być grzeczna i zapracować sobie na to, czego pragniesz.

***
Czekać, wciąż czekać. Tu, pośród kamieni, górskich, ludzkich. Jak samotna wierzba, smutna i rozpaczająca, a jednak pogodzona ze swoim losem. Czekam. Już tylko czekam. I pamiętam to, co ma być zapamiętane. Zagrzebuję to, co winno być pochowane. Jak kamień. Jeszcze jeden pośród wielu innych. Kamień na brzegu niewiadomego.

***

Mam trzydzieści trzy lata. Nie wiem czy jeszcze coś mnie spotka. Czas, choć pędzi szybko jednocześnie dłuży się i wyciąga. Powroty, odejścia, nadzieje, dramaty, wciąż ten sam schemat. Między narodzinami a śmiercią Bóg rozpiął wszystkie słowa, którym w końcu zabrakło znaczeń i właściwego kontekstu. Są puste, wydrążone jak stara muszla. Los toczy się jednako, monotonnie, jak ryba na piasku szamoce się i traci oddech. Czy Bóg o nas zapomniał?

***

Mam pięćdziesiąt dwa lata. Jestem nikim. Nie mam imienia ani twarzy. Kiedy odejdę, stanę się na powrót córką swojej matki. Póki co, odmierzam własne kroki, raz za razem, raz za razem. Jestem nikim. Po prostu nikim. I jestem tym już bardzo zmęczona.


poniedziałek, 16 lipca 2012

Własność


Prawie widzę oczyma wyobraźni to miejsce, gdzie biegną moje sny, prawie już wyławiam je z mroku. Już, już dosięgam ramionami ten przestwór utajonych marzeń, oazę myśli, pragnień. Kołyszę się na burzowej chmurze, która zaciemnia groźne niebo. Zanurzam stopy w chłodnej wodzie i stąpam dalej po śliskich kamieniach. Nie czuję lęku, lecz ekscytację.


Póki znów nie obudzi mnie świt, będę pławić się w tych rojeniach, karmić się nimi, spadać wprost w przepaść łagodnych iluzji. Będę strzec najintymniejszej tajemnicy mojego świata. To miejsce jest we mnie, jest więc moje i tylko do mnie należy.

środa, 11 lipca 2012

Natchnienie


Patrzy Matka Gertruda na święty obraz z namaszczeniem takim, jakie tylko w sobie zadzierzgnąć potrafi, jak lilia wodna unosi się do góry, wprost w słońce spogląda, oddaje się fali natchnienia, cicho, cichuteńko, kwili wraz ze swą duszą, białym zwierciadłem lat pobożnych obwija się, jak suknią pierwszą, nałożoną na młode piersi z uczuciem omdlenia, kiedy jeszcze była nieśmiałą nowicjuszką, mgłą niosącą się w nawie samotnej, ułomnością swoją a ofiarowaniem. I raptem w dymie świecy zapłonionej rozchodzi się, kadzidłem a rumianością poza własne członki przechodzi, do tamtego zaklęcia ostatniego, do godziny, w której barankowi na pokuszenie podsunęła swe dłonie żalem zwinięte, przez dopiero co, dopiero smutek przecie opuścił jej włosy w jeden jedyny warkocz splecione, upodobane chłopcu zapomnianemu, wyrwanemu z serca szybciej niż on zaklinać ją mógł na wszystkie świętości, wieczności.



Pamięta teraz, teraz dopiero przypomina sobie jego, o którym zapominała latem, latami, porami roku, w śniegach, lodach zimno rozsnuwając, kryształowe zamki budując, pieśni nucąc, klęcząc do bólu nerwów, wchodząc coraz mocniej do kościelnej krypty, napierając całym ciałem, coraz to innym, pustym, a schnącym coraz widniej, w chwalę bożą odchodząc, w błogie zapomnienie litanii, w słowo, co objawionym było, a jej tylko użyczonym, ledwie przyklejonym do ust. Teraz pojawia się jego obraz w tym obrazie, teraz tłumi to, co było ukołysaniem, snem, rozpustą jałową, a prawdziwą, teraz teraz, w oczy zamglone wsypują się okruchy tego głosu wibrującego, ręki wyciągniętej, wołającej, pragnącej. Uciekała, uciekała, nie patrząc pod nogi, obtoczone powołaniem jak brzemieniem, jak przyrzeczeniem, biegła ile sił jej starczyło, ile łez jej zabrakło, ile ołtarzy przebłagać mogła, z kielicha wypić swoją niezgodę, swój strach.

Wyrzuciła warkocz złoty na posadzkę z kruchych lat, ramion zimnych, w obraz się zapatrzyła, mirrą, złotem utkany. Myślała, że to jej wystarczy, myślała, uda się poślubić Boga, narodzić w swym oddaniu, uniżeniu, natchnieniu. Myślała długo, w pieczarze zamknięta, na wotywę swoje młode jagody oddając, i wie już, już wie nareszcie kogo jej święty obraz na myśl przywołuje. I wie w tej chwili, że nie jest świętą. Ostatniego dnia swego życia objawia się Matka Gertruda. Pokój jej.

środa, 4 lipca 2012

Pustkowie

Zbieram myśli porozrzucane po podłodze, zadeptane brudnymi stopami, które wielokrotnie odmierzały długości i szrokości tego miejsca. Są lepkie, a mimo to znów wypadają z rąk, niecierliwią się próbami ogarnięcia ich złożonej natury. Próbuję wciąż od nowa oswoić się z ich obecnością, a jednak po raz kolejny kaleczę wnętrze dłoni, usta, język.



Taka sama, inna co chwilę, kręcę się wkoło, brodzę po kostki w zaprzeczeniach, ich lichocie i wstydzie. Skąd pochodzi ten lęk, który rozgościł się w mym domu pośrodku pustkowia?

niedziela, 1 lipca 2012

Tymczasem


a tymczasem naciągam bólem strunę czasu teraźniejszego
od szyi i ramion po krańce bosych stóp zmarzniętych
zatwardziałość realiów przeraża i unosi bezwładnym potokiem
przemierza godziny posuchy i miejsc opuszczonych wczoraj
wciąż wierząc że bycie tu i teraz jest dobrą formą istnienia


a tymczasem przytłacza mnie pusta butelka i brak marzeń spełnionych za życia
rozsadza od środka groźba ucieczki od siebie
jednakowo pojedynczej i ociekającej chłodem
niby jeszcze nic nie rozeszło się w palcach
nie targnęło na jasność i osnowę sumienia
a już nie ma tych rąk i obietnic
stania w drzwiach prowadzących stąd donikąd
bezpowrotnie


a tymczasem zanurzam się w chwili na opak
i gorąco mi znów i soczyście
jakoś tak bokiem choć w środku samej siebie
od świtu
umacniam swe pozycje tęsknotą i lękiem znajomym
coś ucieka, coś krąży wokół lampy wyblakłej
może zostanie ze mną, lub zatoczy się równo
spadając na głowę łachmanem powolnym
oderwie się od konieczności konania po prostu
odkroi dwie kromki stołu koślawego
wyda jęk głuchy
zaniechany ponoć


czwartek, 28 czerwca 2012

Kwitnienie


Klaustrofobia samotności. Nieme cienie na ścianie, na dywanie, wokół mnie. Nie chcę jużsię bać, ale ciebie tu nie ma. Schodzę w dół po ręce wyciągniętej przed siebie, do przedramienia, do nadgarstka, do palców, paznokci. Drżą. Ich pustka naigrawa się ze mnie, mej romantycznej skłonności do dzielenia wszystkiego na dwie, równe, równiutkie cząstki.


Schodzę niżej i niżej, zapadam się, czołem dotykam trawy wybujałej spod moich stóp. Wchodzę, wczołguję się do chłodnego podłoża, do kwiecistej murawy, wnikam w jej próchnicę, staję się lepka i żyzna. Niby uśpione źródło życia. Zakwitam nadzieją raz jeszcze. Przecież kiedyś wrócisz.


wtorek, 26 czerwca 2012

Skrytość mgły


Nie powinnam się temu poddawać, wiem. To jak grzech i opętanie, jak zakazane słowo, którego nie wolno wymawiać nawet szeptem.

            Ile jeszcze zostało we mnie siły by mierzyć się z szaleństwem naszego spotkania, ze wszystkim co przyniosłeś ze sobą w kieszeniach płaszcza? Niewiele ich, zawsze było ich zbyt mało bym mogła odepchnąć od siebie ze wstrętem to, co jest mi obce i wrogie. Nie mogę powstrzymać krzyku i łez, wciąż się boję, wciąż lękam, że upadnę, że pogrążę się w twoim upadku miast pomóc ci podnieść się i iść dalej.



            Szukam natchnienia, powodu do istnienia w tym świecie, każdego dnia na nowo zaczyna się moja krucjata, ciągle i ciągle.

            Marznę w tej rzeczywistości. Jest mi nieprzyjazna, zabiera, gasi mój oddech.

            Miałeś być moim brzegiem, czy ja twoim, powiedz? Odpowiedz nim zagubię się w niepewności własnego istnienia. Niczym mi ono tutaj dlatego chcę odejść poza granice, które mi nakreślono. Nie dbam już o to czy ta mgła opada równo. Nie dbam już o nic.


Prosty układ


Tak to zwykle jest. Trochę dymu, trochę ognia, kilka słów rzuconych nieopatrznie w przestrzeń, która spłaszcza wszystko, choć zdawałoby się, że jeszcze niedawno przyjmowała każdą wybrzmiałą nutę, każdy jęk i żal. Wystarczy zebrać kilka pasujących do siebie elementów, drogowskazów losu, kilka kanciastych brył łączonych ze sobą na zasadzie skojarzeń, błędnych czy też nie, to nie ma znaczenia.

To miał być prosty układ. Takie układy zawsze są proste, a ich prostota wymaga tyle wysiłku, tyle zachodu, że tragiczny koniec staje się w tym przypadku nieodzowny, zaprogramowany już od samego początku. Zawsze wkrada się jakiś popłoch między którąś ze stycznych, prędzej czy później rozkrada drobiazgi, które miały być spoiwem, lepszym lub gorszym, to nie ma znaczenia.

To był prosty układ. Układ pisany małą literą, byle bez patosu, byle błahostka ta nie urosła do rozmiarów zachmurzonego nieba, zaciemniającego kontury horyzontu, takie to przecież znajome, typowe dla ludzi, którzy kiedyś chcieli kochać. Ten mały układ składał się z mężczyzny i kobiety, co już zwiastuje pewne niebezpieczeństwa, komplikacje, wypaczenia. Zabawne, że to co naturalne, najbardziej sprzyja rozgraniczeniom, niesłychanemu rozprzężeniu, poważniejszemu niż wszystkie lęki filozoficzne świata i jego niewiadome.



Od pierwszej sekundy sprawa wygląda dramatycznie. Na początku zawsze jest mężczyzna, to niemal oczywiste, człowiek czy Bóg, ale jednak mężczyzna, co już zwiastuje, determinuje dalszy ciąg opowieści. Ponoć w mężczyźnie tkwi ogromny potencjał twórczy, maleńkie drobinki światłości, zagubione, rozproszone po ciele zwartym i poszukującym doznania, dopełnienia. Tak mówią.

Mężczyzna poznaje kobietę, kobietę piękną, zmysłową, ni to autentyczną, ni wymyśloną. Prawdziwe kobiety zawsze są takie jednowymiarowe, to trywialne, a historia miłosna nie może taka być, to po prostu niemożliwe. Pozostaje więc symbol kobiety – może niekoniecznie ideał, ale właśnie, w pewnym sensie, symbol. Kiedy oboje rozpoznają się w tłumie innych ludzi, ich krzyków, rozterek i zdrad, następuje przełamanie, zadzierzgnięcie nitki magii, która falą wpływa w pozornie gładką taflę codzienności. Ale to co nawiedziło dwoje ludzi, nieważne wymyślonych lub nie, zawsze odpływa, na końcu i tak pozostaje dwoje rozbitków na piasku, suchym, twardym, wyjałowionym piasku.

Jakże to się zaczyna? Krótka historia wzlotów i upadków, kilka plam na szybie odbijającej obraz bez cienia, typowy dialog, pustynia znaczeń, nic szczególnego. Mężczyzna wchodzi do baru. Przez moment widać zarys jego postaci wtłoczony w kąty drzwi, światło wpadające do środka rozmywa się na jego ramionach okrytych niedbale płaszczem przeciwdeszczowym, choć na zewnątrz, w wymiarze zwykłej rzeczywistości, pogoda jest słoneczna.

Mężczyzna wchodzi do baru, w którym panuje duszny półmrok. Pali papierosa przez co wygląda jeszcze bardziej męsko. Zaciąga się tuż przy wejściu, rozsnuwa dym i swą obecność, wpisuje się świadomie w gęstą przestrzeń pomieszczenia, kolejnym krokiem, kolejną decyzją, że przyszedł, że jest właśnie tutaj. Podchodzi do barmana, zamawia piwo, kupuje paczkę mocnych bez filtra i zapałki. Czekając na wypełnienie szklanki do zaznaczonej kreski, bawi się poplamioną podkładką. Odwraca się, słysząc nagły szelest. Przy dalekim stoliku siedzi ona, choć jego oczy jeszcze nie przyzwyczaiły się do ciemności, wie, przeczuwa, że to właśnie ona. Bierze więc piwo, uważnie, tak jakby nagle zimne piwo poczęło parzyć go w palce, podchodzi do stolika, ostrożnie, z gracją tresowanego niedźwiedzia, by nie spłoszyć tych złocistych refleksów, skaczących po paru kosmykach jej włosów. Przysiada się, choć podejrzewa, że ona drgnie, zastygnie w pozie zaprzeczenia siebie samej, by zaraz pochylić głowę w oczekiwaniu na słowo, jakie zaraz zaraz padnie, zmąci spokój, rozłoży się między nimi jak małe zwierzę, które być może ugryzie, być może jednak da się szybko przekonać, oswoić.



- Długo czekasz? - przerwana rozmowa sprzed lat dopominała się o jakieś zakończenie, choć może wcale nie oni ją kiedyś tam rozpoczęli.

- Słucham? Ja na nic nie czekam.

- To smutne, co mówisz. Każdy na coś czeka. Ty również. Zapomniałaś, że czekasz?

- Być może nie chcę tego pamiętać. Długie czekanie w końcu nuży. Zmarnowane minuty, lata, życie... to nie jest piękny widok.

- Ale ty jesteś piękna. Już ktoś pewnie ci to mówił. Może ja? Musisz więc czekać na tego, który będzie ci o tym przypominał. - Ona wstrzymuje oddech i nie ma pewności czy uda się jej wypuścić powietrze w ten sam sposób co zwykle, na ten sam świat, który jeszcze dziś rano wydawał jej się mdły i zniechęcający.

- Nieustanne czekanie to nie jest dobry sposób na życie. - odpowiada, sącząc powoli wystygłą, słodką kawę z porcelanowej filiżanki o lekko posrebrzanych brzegach.

- Nie ma dobrych sposobów na życie. Jest życie, które warto przeżyć, a jeśli nie potrafi się tego dokonać, należy czekać, zbierając siły, odwagę, wyglądając lepszych okazji.

- Lepszych okazji? A istnieje coś takiego?

- Kiedy patrzę na ciebie wydaje mi się, że tak. Jestem niemal tego pewien. Wierzysz mi? - pyta, drżąc, że może ona wcale nie rozumie o co mu idzie. Ona patrzy mu w oczy, zagłębia się w ich barwie, pragnie odnaleźć odpowiedź na dnie stalowych źrenic, ale nie wie czy jeszcze to umie, czy pamięta.

- Wierzę. Czemu miałabym nie wierzyć? Przecież nie można wciąż się bać. Z czasem strach wyparowuje jak rozlany na podłodze syrop. Jeden krok w tę czy tamtą stronę. Jakie to ma teraz znaczenie. Nie ma już żadnego.

- Masz rację. W pewnych momentach wydaje się, że człowiek nie ma już nic do stracenia. Wtedy może przyjść miłość, choć na to nigdy nie ma reguły.

- Czemu mi to wszystko mówisz? - pyta kobieta, zdając sobie sprawę, że słowa nie zawsze są tym, na co wyglądają. Bezpieczniej je okrążać, przymierzać je do ust jak kolorowe cukierki.

- Chciałem się tylko z tobą pożegnać, póki jeszcze mogę, póki jeszcze nie jest za późno.

- Pożegnać?

- Tak, pożegnać. Ale najpierw muszę tu wejść, nie tak zwyczajnie, ale w konkretnym celu, właśnie po to by się z tobą pożegnać, kończąc tym ostatecznym gestem naszą krótką historię, naszą znajomość, która być może była historią miłosną, ale tego nigdy nie może być pewna ta druga strona, ja lub ty, czasem to tylko mgnienie przeszłości i naszych pragnień, tych samych, różnych, kto to może wiedzieć? Siadam obok ciebie, rozpoznając twoją twarz na krótką chwilę, zamawiam gorącą herbatę, bo przecież w takich okolicznościach trzeba czymś zająć zdezorientowane ręce, czuję cię przy sobie, przez minutę jestem szczęśliwy. Mówię, że cię kocham, że kochałem cię od pierwszej chwili, spojrzenia, dotyku twych delikatnych palców. Nie wierzysz mi, przecież wcale mnie nie znasz, ale, mimo to, nie każesz mi odejść. Uśmiechasz się, zastanawiając się czy gdzieś mnie widziałaś. Coś ci się przypomina, choć wspomnienie nie jest tym samym mną, tym, który siedzi naprzeciwko ciebie, mówi o miłości, chce dotknąć twego ramienia, przypomnieć ci o swej obecności, istnieniu. Spoglądasz na mnie z czułością, ofiarowujesz mi jedną myśl utkaną z uczucia otoczonego, niczym pajęczyną, lękiem i niepewnością. Czekasz. Jednak znów czekasz, choć mówiłaś, że już nie chcesz czekać, że zmarnowałaś na to całe życie.

- Jesteś pewien, że to byliśmy my?

- To nie ma nic wspólnego z pewnością. Pamiętasz? Oboje tak wtedy stwierdziliśmy. Daliśmy po prostu szansę rozpłynąć się w tej słodkiej lepkości bez brzegów. Znieruchomieliśmy, aby dojrzeć w sobie, aby na jedną noc, która rozwarstwiła się na wiele następnych, otoczyć się splotem gęstych ramion, twoich i moich.

- Co wtedy mówiłam? Zdaje się, że paplałam coś bez sensu. Łapałam słowa za grzbiet, ładniejsze układałam na półkach, bo stamtąd oświetlały cały pokój, te brzydsze wywalałam przez okno, spadały z łoskotem, rozbijały małe główki na twardym bruku. Niektórych nawet żałowałam, płakałam po nich, choć ich szczątki dawno rozgrabili ludzie, hałas ulicy, daleki wiatr, aż wreszcie szept tamtej. Pamiętam. Odszedłeś wtedy.

- Nie chciałem cię tam zostawić, ale nie chciałaś ze mną wyjść na zewnątrz.

- Nie. Musiałam jeszcze po nas posprzątać, zrobić porządek. Za każdym razem zajmuje mi to sporo czasu, nie mogłeś o tym wiedzieć. Chociaż może...

- Wybaczysz mi to dziś? Potrafisz mi teraz wybaczyć? - rozkłada ręce, w których trzyma odrobinę pustki i własnego żalu.

- Właśnie na to czekasz? Mówiłam, że szkoda czasu na czekanie czegokolwiek.

- Być może, być może. Ale ja nie umiem zapomnieć. Wszystko zostaje w mojej pamięci, fotografia każdej twojej zabawnej miny, uśmiechu, zagniewania, to jak opiłaś się likierem u przyjaciółki, jak zaziębiłaś się, bo nie chciałaś nosić szalika. Pamiętam jak chodziłaś po domu w piżamie i nuciłaś piosenkę zasłyszaną rano w radio. Dlatego muszę czekać, aż mi wybaczysz. Zrozum.

- Czemu w ogóle tu przyszedłeś? Akurat tu, właśnie dziś.

- Ja?

- Tak ty. - denerwuje się.

- do kogo mówisz?

- Do ciebie, cholera, a niby do kogo? - podnosi głos, który staje się piskliwy niby mysi krzyk.

- Do mnie? - dziwi się. - Przecież mnie tu nie ma.

- Nie ma cię?

- Nie ma. Nie ma. Nie ma...



- Proszę pani, będzie coś jeszcze? Za chwilę zamykamy. - ogłasza barman, a jej robi się smutno, nijako. Bierze torebkę z miejsca obok, bo oprócz niej wokół jest pusto, i idzie do wyjścia.

- Czekała pani na kogoś? - rzuca tamten.

- Ja? Zdaje się, że... Nie jestem już pewna, zapomniałam. Czy ja na kogoś tu czekałam? Nieeee, nie czekałam na nikogo. - odpowiada bardziej już przytomnie, i te słowa nie są wcale kłamstwem, nawet jeśli prawdą również nie. To tylko taki układ, prosty układ, konstrukcja o nierównych brzegach. Taki początek i taki koniec rozrysowanego na dwoje marzenia. Prostota przemijających sylab czasu, rozczarowań i strat.




poniedziałek, 25 czerwca 2012

Moja melancholia


Miałam sen, w którym kołysałam się, bezpieczna w klepsydrze swoich myśli niepozbieranych. Na ścianach słonecznego pokoju widniały malowidła ze starych bajek, dziecinne, porzucone w chwili naiwnego porywu samodzielności, a jednak kuszące podniebną podróżą na skrzydłach wiatru.



 I czuję, że znów się zaplątuję w te wspomnienia, którymi karmiłam się zawsze w chwilach prawdziwego bólu. Freski pary własnego oddechu kreślą dumne hieroglify niebieskich aniołów. Pióra skrzydeł stroszą się w obronie przed chłodnym deszczem. Bóg płacze za oknem, na zewnątrz. Chmurnie mu dziś i żałośnie...



poniedziałek, 18 czerwca 2012

Dziedzictwo


Dziedzictwo myśli dawno przebrzmiałych i kręte wciąż drogi niepewności. Oto co zostało nam dane - jarzmo większe niźli wartość podarku. Błądzić nieustannie, zatapiać się we własnym „nie wiem” i szukać, szukać, szukać. Przemierzać wertepy wypaczonych sensów, przystanie idei, oazy poezji. I ronić łzy w obliczu zachodzącego słońca, wciąż tak nieludzko idealnego, niezłomnego, ciągle tego samego, dawcy życia.

poniedziałek, 11 czerwca 2012

The end


Jest taka planeta bez słońca. Zimna i gorąca na przemian. Skamieniała i płynna. Jest, istnieje w galaktyce pradawnej, zagubionej pośród zachłannych kursów wieczności. Za gwiazdą poranka płacze co dzień, świtem i zmierzchem nowych stworzeń, barwnych łun, mgieł – ludzi.

Na ziemi, czarniejszej, bardziej błotnistej niż zwykle, wymierzam następną odległość mych stóp. Zmęczone dźwiganiem mnie buty skomlą pod ciężarem gatunkowym. Wzdycham głośno. Wilgotna para opływa moje napięte skronie. Zajęczy tętent serca po raz kolejny rozgania natrętną ciszę. Rozglądam się, prorokując bielmem swych źrenic bladość dnia. Przepoczwarzam się jak zwinna jaszczurka, ale tylko na tę jedną sekundę wytrwania pod piętnem wzroku entego przechodnia. W żywiole taniego, przetrwalnikowego kłamstwa rozkoszuję się rozdwojeniem jaźni. Katusze umartwienia zostały gdzieś za zapomnianym zakrętem. Tam daleko, tam, gdzie została cała niewinność i śmiech, policzone chwile, paciorki różańca, zastygły w dłoniach opuszczonej matki (natury). Tu. Tu owijam się szczelnie przemokniętym płaszczem, wdycham stęchło parujący materiał, który odciska się na mojej skórze niczym wrząca pieczęć, niczym obłąkańczy stygmat.

Zostałam, porzucona na brzegu (między) morza. Poraniona. Rozbita.


środa, 6 czerwca 2012

Pustka niekochania


Kobiety z odzysku czytam fragmentami
pomiędzy słowami zjawiła się nuda
niby płaskie a pokaleczone równo
spiralami spadają ze schodów
wprost na brudną ulicę
pod nogi
w rynsztok szyderstw
i bycia zamiast kogoś



tłustymi włosami zmywają kocie oczy
chłepczą powietrze zarzucone brzegiem
łóżka
dzisiaj im wrogiem a zaledwie wczoraj
były konaniem w ekstazie i winem
i czuciem wszystkich członków naraz


dziś gorzka herbata wypełnia zimne usta
jutro być może pustka będzie już znajomie podobna
do poplamionej twarzy w lustrze

czwartek, 31 maja 2012

To jak sen


To jak sen, jak sen, który nie wiadomo kiedy się zaczął i czy kiedykolwiek się skończy, taki w którym, być może urodziliśmy się oszukani rzeczywistością, względną rzeczywistością świata, mirażem, który chroni nas każdą nocą, jak mrok dwie ćmy krążące po wspólnej orbicie, tuż na krawędzi cienia, na krawędzi. Dziś już trudno śnić tak jak kiedyś, przed laty, nie uważasz?

Pamiętasz może ten dzień, gdy mieliśmy po dwanaście lat i wszystko rosło w nas razem ze światem, który rozszerzał się po horyzont, po brzegi wiary w przyszłość, po własne oczekiwanie?

Było ciepło, hermetycznie, cieplarnianie ciepło, letnio. Siedzieliśmy na ławce przed domem i gadaliśmy o wspólnych sprawach. Gadaliśmy długo, czas nie gonił nas, rozciągał się leniwie, popołudniowo, tak samo chciało się go rozniecać jak i deptać, iskra po iskrze, słowo po słowie, śniąc czy też żyjąc naprawdę, cóż wtedy mogliśmy o tym wiedzieć?




Kiedy to się zaczęło, pamiętasz? Ten niepokój i chęć zmian, to urywanie się naciągniętej nici porozumienia i rozróżnienia nas dwojga? Czemu czasem trzeba dorastać w jednej chwili, nie dorastając naprawdę, tracąc złudzenia, tracąc wiarę, a zyskując kilka ziaren lęku, który potem olbrzymieje, rozprzestrzenia się, zaraża? Czemu?

Nie mamy już dwunastu lat, mamy żal, tyle żalu do ofiarowania. Nie wiem czy coś jeszcze, nie wiem.

I nie wiem, czemu Ci to teraz mówię. Dziś jest tylko słowem, jutro niewiadomą, a wczoraj, wczoraj porzuciło nas i kazało dorosnąć, stanąć na wysokości zadania, na chyboczącej się drabinie do nieba, piekła, któż to może wiedzieć. Moż dlatego tyle w nas żalu, może...

A póki co nadal śnimy. Codziennie budzimy się dojrzewając do tego snu, który wciąż się w nas rozpręża, odrapuje powieki to zniecierpliwione, to ostygłe. Nie chcę zagubić się w tej podróży poprzez czas, roztrzaskać się nagle o kanty ziemi, bo wiem, wiem już, iż będzie to chwila mojej śmierci. Mówią, że śmierć jest przebudzeniem.

Zamknij teraz oczy, przymruż powieki i wsłuchaj się w szelest skrzydeł. Jest ciemno, choć jasno, wokół głów krążą nam barwne ćmy, niedosięgłe, niedotykalne. Ale to przecież tylko sen. To tylko sen.

Słodko - gorzko



Ogniskuję swe istnienie własnym ja, z brawurą sobie poczynam tak, z mocą, która przecież parzy wnętrze dłoni i wykoślawia resztę wszechświata. Gdzieś mnie ciągnie w przestrzeń zbawienną swoją wielkością, nieograniczeniem tym, jakiego się pragnie, choćby rozum mówi, że wszystko ma swoje granice, swój zmierzch i koniec.

Wyciszam się jak potrafię, a może krzyczę bezgłośnie, kto wie. Słodko-gorzko, w kontraście i buncie przeciw wszystkiemu co nazbyt zachłanne, co, przeciwnie, obojętne, co płytkie i nieszczere. Bez kompasu, bez zegara staram się liczyć ziarnka piasku i iść lub cofać się, w zależności, gdzie w danym momencie przeczuwam lepszy dla mnie kąt. Schowałabym się najchętniej w swoich snach, w których wciąż jestem młoda i żywa.

Przewrażliwienie i fantasmagorie z deszczowych chmur. Zbiera się na burzę.

niedziela, 27 maja 2012

Zmagania


Ciągłe, nieustanne nieogarnianie przestrzeni, wrażeń, stanów, doznań, myśli, chwilowych postanowień, konfliktów z rzeczywistością, braku i niedostatku czegoś, co spoiłoby, być może, wszystko to, co stanowi moje tu i teraz.
Poetyckość gdzieś w pobliżu żarzy się i rozpływa dymem, kontrastuje w nieokreśloności, zmniejsza ostrość widzenia, łagodzi zbyt głośne cienie i kanty brył obcych istnień. Miekkość mego trwania i twardy bruk niemożności wyjścia poza siebie. A więc jednak mur, mur, za który wyjrzeć nie sposób, choć pragnienie nowego poznania i innej wolności lub też kolejnej udręki uwięzienia w smolistej, lepkiej konieczności.
Lęki codzienności i to oczekiwanie na zbawienie odmiany - tej obietnicy, która nigdy się nie spełnia, a przecież to czekanie, odchodzenie i powroty do siebie, musi mieć jakiś sens, sens walki o chłodny łyk chwilowego nawet spełnienia.
Zatopię się w odmęcie zmagań z własnymi demonami, raz po raz przypominać będę figurę retoryczną pytań bez odpowiedzi. A niech tam, ponoć zaspokojenie intelektualne jest przywilejem głupców.

piątek, 18 maja 2012

Szarość przedświtu


Moja ulubiona prawda to prawda subiektywna. Socjologicznie przeciągam strunę i, choćby nikt tego nie spostrzegł, budować chcę i burzyć, podważać we własnym świecie świat obiektywny, kolektywny, zwielokrotniony jednością w wielości. Lubię się buntować przeciw zasadom i normom, mieć odmienne zdanie, zabierać głos, który i tak połknie nieustannie głodny tłum. Po to mam usta i smak. Ponoć to czasem po prostu kwestia smaku.

Przeglądam "Grę w klasy", która kurzy się na półce, i zastanawiam się czy czegoś się przez ten czas nauczyłam, czy coś do mnie dotarło. Emblematy wędrujących bez kompasu, piętno samowygnania ciąży i uwzniośla jednocześnie. Paradoksy są konieczne by zrównać białe z czarnym i zrodzić szarość przedświtu.




Kiedy z sił opadam, bo znów mówię do siebie, tylko ja tu zostałam przecież, nadal chce mi się roić te mitologie, te rozpacze i zaprzeczenia. Choćby nie wiem jak bezsensowane się to wydawało, a może właśnie dlatego. M. mówi, że świat jest nielogiczny, a więc wbrew temu, jedak tworzę jakiś sens, skoro omijam te ludzkie drogowskazy, rozniecam własny płomień, który oświetli mi drogę donikąd.

środa, 16 maja 2012

Pył marny


Wiosennie zawsze dopada mnie takie odklejenie od całego tego pędu do kwitnienia, błahostek, rozmówek i lekkości. Ociężałość jakaś, pragnienie doznania czegoś prawdziwszego i ważniejszego. Ech. Niedopasowanie.
Zbliżam się do ludzi by zaraz uciec od tych jazgotów i śmiechów pustych. Brak, brak mi sensu, który jest, ale o którym się nie pamięta, że być może przygarnie, skoncentruje treści i formy, wyważy proporcje.
Nikt już nie chce być człowiekiem, nie zadaje pytań by nie słyszeć odpowiedzi - wrażenie moje takie, co przygniata mnie do ziemi i zatyka usta. Boję się, że muszę nauczyć się oddychać marnym pyłem. Znów muszę się tego uczyć.

czwartek, 10 maja 2012

Wychylona

 
Inna percepcja, inne spojrzenie, też dobre, bo inne, dopełnia całokształtu świata,który tworzy się i staje teraz, nieustannie staje się dla nas.
Jeszcze nie tak dawno, zdaje się, miałam ambicje coś niecoś ze sztuką się zapoznawać, a teraz tylko wewnetrzny barometr ciśnień widzę, dalej nie sięgam, bo mam wrażenie, że to kłamstwo, oszustwo, wypaczenie. Czekam aż wichry przejdą, ale gdy cichną to znów melancholia i rozleniwienie nadchodzi.
 
 
Jak to się wszystko zmienia, pozostając być może tym samym. Cóż możemy o tym wiedzieć? Drżymy tylko omiatani następną falą ulotności.
Sny miałam dziecinne, czas powrotu do szczenięcych lat, bunt taki, że jeszcze wszystko można zmienić, że jeszcze nic nie zostało przesądzone. Szkoda tylko, iż na jawie bezsilność dopada, niemoc, brak wiary. Szkoda.
W pragnienie się zmieniam, jestem nim, acz wiem, wiem, że to też odejdzie, gdy nasyci się moim smutkiem, moją, w gruncie rzeczy, biernością i atawistycznym lękiem wyłonienia się z ciasnej skorupy przyzwyczajenia i rutyny.
Znów odchylam się niebezpiecznie od krawędzi świata, który właśnie się radośnie rozrasta i tworzy nowe początki.
 

środa, 9 maja 2012

Zaniechanie


Nic się nie dzeje, nic się nie dzieje. Tylko rozlewają się we mnie uczucia, o istnieniu których zpomniałam. Kolejne niespełnienie, niemżoliwość, jałowość. A przecież nie można oszukać oczu, ramion i myśli niesfornych. Będziem marzyć i napawać się tym, co nieosiągalne na jawie. Ten pan tylko patrzy. Tylko jest. Nic nie powiem, niczego nie nazwę, określenia rozpadają się na końcu języka. Znów zimno, choć skronie płoną niezdrowo. Nic się nie dzieje, choć dzieje się wszystko we mnie, rozłazi rumieńcem zaniechania. Policzę jeszcze raz do dziesięciu i odetchnę pełną piersią. Piersią pełną tęsknej pustki.

sobota, 5 maja 2012

W stronę słońca...


Trudno mi się rozmarzyć, jeśli można tak powiedzieć, konkretnie. Za to jakieś stany przedziwne nie opuszczają mnie nawet na chwilę, nie pozwalają się skupić. Myśli błądzą w nieodkrytych zmysłem przestrzeniach. Cóż w takim razie po słowach?
A jednak, słowa niewdzięczne to przychodzą to odchodzą, jak to one, zastępują siebie, wciąż nie mówiąc nic, więc za każdym razem wiem, one też wiedzą, że to nie to.
Kwitną bzy i kwiaty kasztanowca. Cudnie jest, bo niepokój, ten co zawsze, ma jakby żywszy kolor, kolor oczekiwania na skowyt losu, co nie przeciąga tej cienkiej nici poza granice bólu, poza granice wytrzymałości na ból. Może ma dość tej walki ze mną, tego wiecznego zmagania się i bezpłodnego przeklinania.
Nic to, przecież zieleni się i iskrzy w odcieniach nadzei. Płatki pierwszych kwiatów przyklejają się do podeszw butów. Przecież jednak trzeba iść dalej, trzeba iść. Trzeba zdeptać ten smutek przemijania i po prostu iść przed siebie.


czwartek, 3 maja 2012

Trwaj chwilo


Maj się mai, leniwie i błogo. Co krok zaskakuje pozimowym powrotem odrodzonej natury. Żółte mlecze prezentują się w pełnej krasie, ale tylko tam, gdzie bezlitosne osrza kosiarek nie pozbawiły ich głów. Kwitną bzy - brak słów by nazwać obezwładniające uczucie wywołane bliskością ich krzewów. Znów stajemy się dziećmi, beztroskimi i cudownie naiwnymi.
Chyba i ja tracę głowę. Ale cóż przyjemniejszego niż zatracić się w płochości wiosny i myśleć nie myśląc, zaciągać w nozdrza zapachy i wrażenia, jasność słonecznego blasku i te swawolne półcienie, które zawsze są gdzieś obok, czają się w pobliżu, zaskakują ciężarem gatunkowym, drgnięciem powieki, nagłym pojawieniem się niedobrego przeczucia, że to wszystko jakby utkane ze snu, z mary, zupełnie nierzeczywiste...
Wszystko mija. Wszystko się zmienia. Może więc nazbieram polnych kwiatów i będę patrzeć jak umierają w wazonie. Ich zasuszone badyle wyrzucę potem z odrobiną żalu. Żal jest czymś nieodłącznym w chwilach wręcz bolesnego szczęścia.

sobota, 28 kwietnia 2012

Nowe szanse

 
Ależ pięknie, świeżo i rześko. Aż dziw, że to wciąż ten sam, stary świat.
Uczucie podekscytowania - takie wiosenno-zbawienne. Oby trwało jak najdłużej. Oby rozczarowań było mniej niż przed rokiem.
Wdycha się te zapachy wilgotnej rosą ziemi i trudno nie myśleć o tym, co my dajemy od siebie, czym moglibyśmy wkomponować się w to święto płodności i wigoru natury?
Moglibyśmy?
Choćby śmiech radosny, choćby blada skóra ramion wyciągniętych wysoko do góry, choćby dźganie patykiem w podłożu i wrzucanie weń dziewiczego ziarenka.
Będziem się modlić by nie zmarnować nowych szans...
 
 

piątek, 27 kwietnia 2012

Od tego punktu zaczynasz się ty...


Podobno gdzieś, ktoś, widział gwiazdy w oczach dziewczyny. Może tak właśnie było, może już kiedyś spotkałem ciebie taką jak dziś, może to właśnie byłaś ty, a ja nie spostrzegłem tego na czas, choć przecież wiedziałem, musiałem to wiedzieć, dokładnie tak samo jak dziś. Kiedy znów się spotkamy, jeśli nie dziś, nie dzisiejszej nocy, powiedz?
Nie zauważyłaś mnie od razu, być może myślałaś właśnie o innym, o tym, co to zostawił cię poprzedniego wieczoru na skraju krzywego chodnika, taką bezbronną i zapłakaną, samotną w strugach padającego deszczu, z małym kotkiem w koszyku na kolanach, który tak żałośnie wychylał puchaty łebek, by polizać wnętrze twoich ciepłych dłoni. Ale ja tam byłem, tuż przy tobie, końcem ust muskałem twoją białą sukienkę, mokrą już zupełnie od zimnych kropel.
Rozłażę wszystkie ulice miast nim cię spotkam, taką jak wtedy, taką niewinną, dzielną, podtrzymującą sklepienie nieba, jak nikt, jak nikt inny, bo akurat była zła godzina i wszyscy gdzieś uciekli, zapominając, że nad nimi jest wielkie niebo bez granic, bez zasłaniających wszystko, szklanych wieżyc i ludzkich zakazów.
Niebo otworzyło się przede mną, pomyślałem, i zapragnąłem dotknąć go, objąć, odcisnąć na piersi, w pieczęci swej zamknąć, pod lichą koszulą, w bicie serca przemienić dla siebie. Na zawsze. Na tę krótką chwilę, która pociągnie za sobą kolejne i już nigdy nie zostawi mnie samego.
Otworzyłem szkatułę z kilkoma drobiazgami sprzed lat, którą zapełniałem miesiącami, porami roku, w moim wątłym życiu, zadygotała zanim połknąłem jej wnętrzności, nim doszedłem do tego punktu, w którym zaczynałaś się ty, taka sama, taka usypana z gwiazd, iskrzących, migoczących w jasnych oczach, zupełnie jakbym zobaczył wieczność. Całą ciebie, taką jak dziś.


środa, 25 kwietnia 2012

Zmienność


Zmienność. Nieustanne zmienianie się, przekształcanie, płynne ruchy wymiarów. Nie ma już tego co wczoraj wydawało się podstawą, pewnikiem, stałością. Na polu, na którym sztandary łopocą w połowie masztu, wymiecione gruzy czekają na początek nowego. Kruchy żal i niepewna radość. Wolność – mówią – jest po pierwsze ciężarem, po drugie szansą na lepsze, po trzecie próbą sił, znaczy – wyzwaniem. Być może...


sobota, 21 kwietnia 2012

Wątpliwości


Skupiam się nad słowami, które co rozpędzą się bez kontroli żadnej po kartce papieru, rozpoczną marsz niezłomnych, odwiecznych wedle swego prawa pierwszego, zapisanego ponoć gdzieś w starej księdze – odzwierciedleniu chwil początku, zachłyśnięcia się byciem i czasem, naraz przystają, uparte i nijak nie dadzą się wlec dalej, a jeśli nawet z mozołem je prowadzę, ukazują nie tylko upór ośli ale i takiż wdzięk. Rzucam więc zaraz wszystko, a wściekłość odbiera mi całą radość z wcześniejszych potyczek. I chcę i boję się, przede wszystkim niezmiernie lękam się, że już nigdy nie wróci pierwsze rozumne westchnienie, pierwszy akapit złączony ideą z pierwiastkiem w mej duszy, pragnący uwolnić się, utrwalić, przemienić w coś na kształt materii, cudu obrania w formę, choćby najlichszą.

            Coś mi się nieustannie wymyka, przeczuwam to i grzęznę z tą myślą w nawale wątpliwości. Jeszcze raz będę musiała wyzbyć się siebie by do siebie powrócić. Zrzucić cały ciężar, jaki przygważdża mnie do ziemi, do gruntu coraz bardziej lepkiego, z dnia na dzień, jak to możliwe? Wali się wokół mnie to, co miało unosić pod sklepienie z cennego kruszcu. Jest tam, tyleż twarde, bo jak nie obić nieraz boleśnie głowę od nadmiaru wzniosłości takich, co i anielsko zwiewne, bo nie uchwycisz ni całości ni cząstki nawet. Tylko śnisz na jawie, marzysz całym sobą by powrócić znów na właściwą ścieżkę, skoro tylko przeczujesz właściwą, tak, jakby istotnie to było możliwe.

            Gdzieś popłynąć w tym nurcie wypada znowu. Dać się otoczyć marom i natchnieniom. Są że tu? Czy przebłysk światła zza chmur był jeno złudą, iluminacją cienia przewrotnego, demona, który skusić chciał postacią piękniejszą, wytworniejszą, upragnioną? Przy mnie ten chochlik stoi, bliski i daleki, mój i nie mój, we mnie jak kochanek zastyga kulminując pragnienie, by zaraz opuścić i wprawić w melancholie, w tęsknotę za obietnicą spełnienia. Dwie istoty otoczone mrokiem, i nic rozróżnisz czy wdziera się on do środka jak dym palący, czy z twego wnętrza pochodzi właśnie, wylewa się strumieniem, wrzącą lawą topiącą wszystko co wokół, realne ponoć, ale zaraz zmiażdżone, strawione na twoich oczach, byś nie rozróżnił już żadnej pierwotnej, odmiennej części tego, co było przecież prawdziwym, dla innych może, światem.

            Ale nic to. Upadamy i wstajemy bo tak nauczył nas ten, co godność człowieka wymieszał z pokorą, by nieraz, na swej drodze krętej, kamienistej, nie odróżnić pierwszej od drugiej, by trwać poprzez wichury i zamiecie, by sprzyjać swojej słabości w walce z żywiołami i śmiechem pokoleń tak samo lżonych i odchodzących w niepamięć, proch unoszony z wiatrem.

            Zatem jestem tu teraz, prowadzę dialog z sobą, przekonuje siebie raz jeszcze, że na tej pustyni musi znaleźć się łyżka wody, choć jedno mgliste przyrzeczenie raju, choćby jego  przedsionka, choćby wskazówka, że warto podążać za dniem, za godziną, tą chwilą, która mnie stwarza, definiuje, sprawia, iż mimo całego rozczłonkowania właśnie teraz, na nowo, staje się kompletna i cała.