czwartek, 26 stycznia 2017

Konstrukcje fabularne o kant dupy potłuc


Jerzy Pilch napisał kiedyś, że od zawsze chciał być pisarzem, ale dopiero po trzydziestce miał coś do powiedzenia. Przez jakiś czas podtrzymywało mnie to na duchu. Ale przekroczyłam już tę granicę, a kłopot z konstrukcją fabuły, pomysłem na ciekawą opowieść, ciągle pokutuje. Dlatego postanowiłam spróbować czegoś innego - wstawię swoje toporne zmagania, coś tam jest już nakreślone, ale niewiele, i poproszę życzliwych ludzi, by zostawili w komentarzu swój pomysł, skojarzenie, co miałoby się wydarzyć. Traktuję to jako ćwiczenie. Pomożecie???



Kontrast między tym, co mówił, sposobem, w jaki to mówił, a samą treścią, był niepokojący. Rozlewał się w przestrzeni lepką mazią wieloznaczności i jakby niezobowiązujących kierunkowskazów, które przecież można było zignorować. Jednak czuło się instynktownie, że pod tym obłym pozorem, kryje się ostry szpikulec do lodu. Zimne, bezlitosne narzędzie, pozostawiające po sobie równiutkie, okrągłe rany. I ból.
 
 
 
***
Nagły dźwięk dzwonu przeszył jej umysł. Jego wibracje rozeszły się po ciele, wprawiając każdy mięsień i ścięgno w stan trwożnego napięcia. Śnieg skrzypiał pod ciężkimi buciorami, krok za krokiem. Formowane nimi wgłębienia tworzyły ścieżkę, dobrze widoczną nawet po zmroku. Korzuch pachniał sianem i wilgocią, teraz również słodkim potem. Za zakrętem wiecznie zapłakana wierzba rozcapierzyła łysawe witki, bo przecież nie ma już takich drzew na żadnym z zakrętów, przynajmniej tak jej się wydawało. Wieczny smutek ma w sobie coś heroicznego i poddańczego zarazem.
Podeszła pod sam las, który o tej porze roku jest namiastką cmentarza. Wszystko tu spało, między konarami wiało pustką i melancholią. Pod zbutwiałą korą i na wpół zgniłymi liśćmi wygrzebała niedużą jamę. Ułożyła w nich kosteczki, jedna obok drugiej, ciasno, skrupulatnie. Dziwiła się, że było tak cicho, jakby uroczyście. Wcale nie chciała słyszeć własnego oddechu, przyspieszonego od wysiłku. Spojrzała na swe zabrudzone ręce. Pod paznokciami mokra ziemia potworzyła czarne obwódki.
- Żona grabarza musi nieustannie szorować dłonie – pomyślała praktycznie.
***
Kość o kość się ociera. Nóż ślizga się po ścięgnach, twardych, oblepionych białawą błonką. Resztki zaschniętej krwi wyciera w fartuch, jak przystało na dobrą gospodynię. Zagląda do spiżarni, cuchnącej pleśnią. Nigdy nie miała serca do tego, by utrzymywać tu należyty porządek. To pomieszczenie zawsze kojarzyło jej się z bezgłośnym rozkładem. Odłożyła kosz z pociętymi równo kawałkami mięsa i zamknęła drzwi na skobel.
Nim przyszedł wieczór, wpadła w popłoch. Zupa wrzała na palenisku, po izbie rozchodził się zapach ziół, kapusty, zasmażki i ciepłych oparów domowej strawy. Pies zaczął ujadać zaciekle, a po chwili wnętrze futryny zalał wielki cień.
***
Samotność rani do szpiku kości. Mijają dni, miesiące i lata, a samotna stagnacja przetrąca kolejne kręgi w kręgosłupie, przygniata do ziemi. Zuzanna szybko przestała być młoda. Nie miała na to czasu. Została sama z małym gospodarstwem, gdy wojna zabrała jej rodziców. Chłopcami nigdy się nie interesowała. Nauczona samodzielności przez ojca, który chciał mieć syna, od dzieciństwa przyuczała się do wszelkich prac – rąbania drewna, koszenia trawy, wstawiania wyłamanych ząbków w grabiach. Cięższe obowiązki, jak oranie i redlenie pola, za niewielką opłatą robił sąsiad. Pomagał wielu we wsi, przecież nie każdego stać było na konia i solidny pług.
 
 

poniedziałek, 23 stycznia 2017

O niczym


Jeszcze nie umiem wytrwać w zwątpieniu
Co i rusz wierzę w coś na opak
Klaustrofobicznych konstrukcji tymczasowych sensów
Rozumnie nie rozumiem
I znów wbijam się w przestrzeń bez alternatyw
Głucho szamocząc się w kajdanach rutyny
Dnia codziennego,
jęczącego krwawiącym zmierzchem
O jutro.
 
 

wtorek, 17 stycznia 2017

Tu i teraz


Ponoć trzeba pisać, żeby napisać. Nic prostszego, prawda? A jednak litery stawiane na klawiaturze mają tę obezwładniającą właściwość, że powinny, mogą nieść jakiś sens, o co przecież walczymy? I to przeraża, opcja posiadania sensu i druga – jego braku. Bo cóż wtedy, gdy niepoukładanie myśli sprawia, iż nie potrafimy odnaleźć nic konstruktywnego we własnym wnętrzu? Po cóż nam w takim wypadku cała ta szamotanina, zmagania dnia codziennego, rozpacze, zaniechania, rozterki, chwilowe sukcesy i kilkusekundowe zwycięstwa nad własną kondycją słabej trzciny?
Czas przygniata mnie do ziemi. Tak wiele by się chciało, póki jeszcze go nie brakuje, póki ręce, nogi, wątroba, płuca, jako tako funkcjonują, lecz… no właśnie, zaraz myśl, że tyle już zmarnowaliśmy, że pogrążyliśmy się w tym bezładzie, wypracowując znamienny schemat, który, wiadomo (?), zepchnie nas w czeluść zapomnienia.

 
                Na każdym kroku wątpliwość, wartości podważalne, brak stabilności i podpory. Śmiałam się przecież, jako młoda dziewczyna, z tych wszystkich narzucanych mi insygniów mądrości, wiary, myśląc, że jestem poza schematem, że wypracuję, odnajdę własną drogę, odbiję się od twardego umysłowego gruntu i odkryję nowe orbity prawd. Chyba nie było się od czego odbić, może źle się do tego zabrałam. Nie wiem.
                I nie wiem w co mam wierzyć. Czemu poświęcić ofiarowany mi na tym łez padole czas. Dzień za dniem nawleka się na nitkę przeznaczenia, ale mam wrażenie, że powoli formuje się z niego jeden wielki znak zapytania.
              Słyszę przecież te dyskusje o stanie państwa, zamachach na demokrację, postchrześcijaństwie europejskim, pokoleniu wyblakłych znaczeń, zjadaniu się konsumpcjonizmu. I mam wrażenie, że te chwilowe mody, chwilowe ruchy, są wynikiem takiego samego zagubienia wartości, jakie ja odczuwam. Łapiemy się czegoś, jak tonący brzytwy, nie dlatego, że to do nas przemawia, ale dlatego, że dostrzegamy poruszenie, które, mamy nadzieję, wyrwie nas choć na krótko z wszechogarniającej rozpaczy bezsensu.
          

Być może na pewno...


Kiedyś słowo coś znaczyło. Na pewno. Być może. Być może na pewno. Kiedy to było? Nie pamiętam. Chyba przed moimi narodzinami, nim wykrztusiłam z siebie pierwszy, bezładny potok jęku. Dostałam tylko i aż cały wszechświat znaczeń wykorzenionych, wygnanych z raju, z których budować przyszło misterne konstrukcje złudzeń i chwiejnych, tymczasowych przynależności.

poniedziałek, 16 stycznia 2017

Ludzki wariant


Chaos myśli i emocjonalne niepoukładanie - nie czekam, aż przejdzie, powoli akceptuję jako swoistą właściwość mojej teraźniejszości.

Mam ferie, czyli dużo czasu do obłaskawienia. Znów marzę, by dokopać się do tych pokładów intuicyjnej mądrości, którą przykryłam na czas wyzwań wielką, szczelną kupą - "radzę sobie, wszystko ok, ogarniam". I tak zawieruszyło mi się to i owo, takie niedotykalne, a jednak niezbędne, by łączyć fragmenty ciasnego mikrokosmosu.




Prócz wykonywania poważanego zawodu, który niekiedy sprowadza się do mówienia w klasie do samej siebie (z powodu deficytów uwagi i skupienia), pracowicie przeżyłam przełom roku - robiąc korektę książki dla warszawskiego wydawnictwa. Poszło. Jedno doświadczenie więcej. Są zadowoleni, więc spodziewam się kolejnych zleceń. Dobrze mi z tym, choć ciągle za daleko do poczucia bycia sensownym ludzkim wariantem. Ech, czemu tak trudno mi uwierzyć w siebie?


niedziela, 13 listopada 2016

Pora samostanowienia



Jakoś tak ucichło nieprzyjemnie, pustynnie i wrogo. Włączam radio, by coś jednak gadało do mnie przewidywalnością frazesów. Inaczej rozpłynęłabym się w tej ciszy, utonęła w niej na dobre. Przestraszyłam się, bo nie czas na to, nie czas. Pora solidności, odrobiny samostanowienia.

A ona? Z topieli się wyczołgała na świat - bose stopy oblekła w ciepłe skarpety - toć już się wszyscy dobijają do drzwi, kolej na nią spełniać oczekiwania, zrodziła się z wody, a nurt pochłania, nie daje zaczerpnąć tchu, taki żywioł. I czym słaba, czy nie, biegnę, nie wiem za czym, po co, ku czemu, krztuszę się tym absurdem, choć mnie ciągnie z powrotem, ciągnie tam, gdzie jest nagość i szczerość - taka prawda, o której łatwo zapomnieć, że jest.

Trzecia kawa - byle czuć cierpkość i wibracje krwi, coś czuć.

Choćby mdłości.


sobota, 12 listopada 2016

Kanciasta symetria codzienności


Czego jeszcze mi brakuje? Jest przecież całkiem normalnie - praca w szkole, czyli sytuacje z pogranicza - od entuzjazmu i euforii, do frustracji i "jasna cholera, szlag by to trafił", samochodzik jeszcze jeździ, ale wiem dobrze, że trzeba rozglądać się za czymś nowym, M. ciągle zapracowany, ale już nie czekam, nie muszę, mam przecież swój świat i swoje aspiracje (wreszcie), nie muszę żebrać o uwagę i słowa pocieszenia, alkohol ograniczony do minimum (czyli raz w tygodniu), co nie było wcale takie łatwe (i z czego jestem dumna) - demon okiełznany. Nie brakuje mi niczego, pierwszy raz świadomie nie świętowałam urodzin. A może właśnie świętowałam świadomie, pierwszy raz od lat zachowując tego dnia trzeźwość. Zaczynam sobie ufać, trochę wierzyć, że potrafię. Cieszy mnie to, naprawdę. Przekonuję sama siebie, choć jeszcze nie wierzę, że to ja.