środa, 4 listopada 2015

Virgo

Możesz poczuć swoje życie, dotknąć go, porzucając wszystko, co z nim związane – mówiła. A on nie mógł już tego znieść. Naprawdę, miał dość tego, co go otaczało, wpychało mu się nachalnie do głowy przez zaciśnięte usta. Napuścił do wanny zimnej wody i zanurzył się w niej. Jej chłód przyniósł ulgę od razu. Ta błogość, ta cisza, to niezmącenie ukoiły jego zmysły. Zapomniał zaczerpnąć tchu. A może wcale nie zapomniał. Nie słyszał już nawet, gdy woda zaczęła wylewać się na podłogę, zawłaszczając kolejne centymetry porzuconej, nieżywej, łazienkowej przestrzeni. Obudził się na dnie studni. Studni, która utworzyła się pod wanną. Miała te same co ona wymiary. Od góry biło mętne światło. Falowało nad nim, kładąc się leniwymi refleksami na jego twarzy i wymiętej koszuli. Spojrzał tam i zobaczył swoją nieruchomą postać. „Jesteśmy niedokończoną układanką” - przypomniał sobie gdzieś zasłyszane słowa. Naraz wypełniona pamiętnymi obrazami i zdaniami głowa, zaczęła huczeć. Cała jego pamięć poczęła pęcznieć i rozrywać mu skronie. Widział teraz jak rzucała się z okna, jak rozpostarło się pod nią grząskie niebo. Wpadła w nie jak w biały puch. Odkleiła się od swego cienia i powędrowała dalej, gdzieś poza obręb dotykalności. Spieszyła się, by znów nie dogoniło jej życie. Musiała biec. Zakrztusił się. Stróżka wody pociekła mu po brodzie. Po chwili usłyszał znajome kroki. Były miarowe i spokojne. Przestały się spieszyć dokądkolwiek. Wstał i otrzepał spodnie. Nim zrozumiał, że ona jest za tym kamiennym murem, pokrytym oślizgłą wilgocią i zielenią mchu, próbował drapać i kopać. Nie udało mu się go przebić. Była tak blisko, a jednak nadal pozostawała nieosiągalna. Ten świat nie był lepszy od tamtego. Ten świat skazał ich tak samo na samotność i niemoc. Choćby z całych sił starali się dotrzeć do siebie, nie osiągną wiele. Będą ranić nadgarstki, palce, nadwyrężać ścięgna i tęsknić, tęsknić, tęsknić. Wysyłać sobie nieme znaki, walić w ścianę rytmicznie, głucho, porozumiewać się bez słów. Ale nie zbliżą się do siebie, zamknięci w dwóch, równoległych, klaustrofobicznych tunelach. Pozostaną tym samym, czym byli zawsze, płazami ograniczonymi wąską luką jednostkowego trwania, zapatrzonymi w dumnie obojętne niebo.

wtorek, 27 października 2015

żal beż zmrużenia powiek



wypalono już ostatnie papierosy, pokrojono bochenki

a żeby te słowa nie trąciły kąśliwym smutkiem

utop pająka w winie

 

powiedzieć, że nie żyjesz, to grubo za mało:

jestem naczyniem na twoje popioły,

garścią na twoje znikłe powietrze.

 

w życiu najstraszniejsze to

stwierdzić, że uszło




Charles Bukowski

 

sobota, 10 października 2015

Zbiło mi się lusterko

"Bajka"

Wieki ognia i wieki powietrza
Dziecięce lata wody
Od zieleni do słonecznej żółci
Od żółci do czerwieni
Od snu do jawy
Od pragnienia do czynu
był krok zaledwie
stawiany jak w tańcu
Mucha była olbrzymim klejnotem
Upał odpoczywał nad brzegiem stawu
Deszcz był wierzbą z rozwianym włosem
W dolince twej dłoni rosło jakieś drzewo
To drzewo śpiewało wybuchało śmiechem i przepowiadało
Jego proroctwa uskrzydlały przestrzeń
Były zwyczajne cuda zwane też ptakami
Wszystko było wszystkim
Istniało jedyne słowo
ogromne i nieodwracalne
Słowo jak słońce
Pewnego dnia rozprysło się w drobne kawałki
Są to słowa języka który używamy
Fragmenty które nigdy się nie połączą
Zbite lusterka w których świat się przegląda
roztrzaskany

Octavio Paz

wtorek, 6 października 2015

Pętla

Być może to już ostatni krok w ciemność. I nadal nic się nie zmienia. Refleksów i cieni coraz mniej, coraz więcej zobojętnienia i ciszy. Brakuje słów, które coś znaczą. Zataczam kolejny krąg.

wtorek, 26 sierpnia 2014

Na ostrzu noża


 Miała ścierpnięte ręce. Nie wiedziała już ile czasu minęło odkąd przywiązał ją do krzesła, splótł z tyłu nadgarstki, by nie mogła się poruszyć. Kilka razy traciła przytomność. Krew z rozciętych warg i skroni ściekała stróżkami na białą koszulę, gdzie zastygała, tworząc barwne wzory. Tuż przed nią, na skrzynce z jabłkami przykrytej płótnem, leżał wielki, lśniący nóż. Znała go aż nazbyt dobrze, każde małe wyżłobienie jego ostrza, starannie utrzymywaną w czystości, idealnie pasującą do wnętrza dłoni, rękojeść.
 Wrażenia, na których próbowała się skupić, te tańczące w przestrzeni pełnej kurzu refleksy światła, przedzierające się przez szpary w suficie promienie słońca, wydawały się czymś natchnionym, cudownym, niosącym nadzieję. Próbowała wyciągać szyję mocno najmocniej jak potrafiła, by życiodajne ciepło delikatnie pieściło jej opuchnięte powieki. Gdzieś tam, nad mroczną piwnicą, nadal trwał jasny i dobry świat, podczas gdy ona przestępowała kolejne kręgi w drodze prowadzącej donikąd. Zamykała oczy, by spróbować przypomnieć sobie cokolwiek, coś z tamtego życia, które okrutnie jej teraz wydzierano. Nie było to łatwe. Jakiś mechanizm obronny nie pozwalał jej na powrót. Mogła jedynie czekać na ten najstraszniejszy odgłos. Nie pomyślałaby wcześniej, że dźwięk kroków może wywoływać tak silne pomieszanie zmysłów, paraliżować całe ciało, wszystkie nerwy, odbierać oddech.
 Po podłodze walały się białe kości. Kilka brunatnych plam na nieheblowanych deskach, brudne łachmany porzucone w kącie, słoiki ustawione w równych rzędach na prowizorycznych półkach, te z marynowanymi grzybkami, domowymi kompotami oraz te z bladożółtą cieczą, w której pływały kawałki zwierzęcych organów. I duszący zapach – jak mogła go wcześniej nie rozpoznać? – zastanawiała się. Przecież od dawna była tutaj obecna ta słodko-gorzka woń nieumiejętnie zakamuflowanej zgnilizny. Te wszystkie zasuszone bukiety ziół, wiszące u powały domu, nie potrafiły się z nią rozprawić.


 Za każdym razem, gdy tu przychodziła, wybierała na siedzisko właśnie to stare, odrapane krzesło, pamiętające minioną epokę. Chybotało się i skrzypiało przy każdym ruchu, ale i tak było najsolidniejszym meblem z całego dobytku właściciela. Chata prezentowała się biednie i staromodnie, lecz Julce nigdy to nie przeszkadzało. Pan Roman swoim nielicznym gościom oferował to, co miał najlepszego – konfiturę malinową do herbaty, placki ziemniaczane ze śmietaną, ciepłą i parującą wątróbkę z cebulką, czasem kieliszek wódki. No i oczywiście swoje towarzystwo, może pokryte szorstkością starego samotnika, ale w gruncie rzeczy życzliwe. Tak jej się przynajmniej wydawało. Aż dziw, że staruszek tak umiejętnie radził sobie z prowadzeniem skromnego gospodarstwa. Tylko te noże – cały zestaw wielkich błyszczących noży rzeźniczych wiszących na haczykach tuż obok kaflowej kuchni. Kiedyś ją przerażały, zwłaszcza, gdy Roman, z papierosem w zaciśniętych ustach, ostrzył je i czyścił po zakończonych „obowiązkach”. Miejscowi chętnie korzystali z jego usług. W zamian za poderżnięcie gardła baranowi, cielakowi, świni – odwdzięczali mu się kawałkiem udźca, kilkoma groszami, butelką bimbru. Był precyzyjny i nigdy nie męczył zwierząt niepotrzebnie. Pracował w skupieniu. Gdy patrzył w oczy wykrwawiającego się bydlęcia, na gasnące w jego źrenicach iskry życia, świat wydawał się dla niego nie istnieć. Umiejętnie zabijał, oprawiał, dzielił mięso, a potem pił trzy dni – wesoły jak młody źrebak, skłonny do żartów, niewybrednych co prawda, jak to samotny mężczyzna, hasał tak aż po zmierzch, kiedy to, trzymając się opłotków, gramolił się ciężko do domu.
 Tylko ostatnimi czasy jakby zmarniał, zszarzał, odpływał myślami gdzieś daleko. Zrzucała to na karb wieku, w którym każdy trochę dziwaczeje, oddala się od ludzi, inaczej postrzega życie, jego uroki i niedole. Im bliżej końca, tym więcej melancholii za minionym, utraconym na zawsze, pogrzebanym wraz z upływającym cicho dniem. Nieraz przyłapywała go na tym, że patrzy na swoje trzęsące się już ręce, jakby próbował zrozumieć, gdzie podziała się ich siła i zręczność. Wiedziała, że sąsiedzi coraz rzadziej przychodzą po pomoc, przez co czuł się niepotrzebny, spisany na straty, po prostu stary. Nie podejrzewała nawet, iż w gruncie rzeczy nie owego zajęcia tak mu brakuje, ale tych mistycznych chwil, gdy był świadkiem gaśnięcia jakiejś istoty, w oczach której dostrzegał lęk, niepewność, niezrozumiałą bezsilność.
***
 Niewielki, spróchniały już most spowijała mgła. Prawie nie widział swoich dłoni wyciągniętych niepewnie w przestrzeń. Obmacywał każdy centymetr sześcienny powietrza, jakby obawiał się, że trafi na jakąś niewidzialną ścianę, a przecież przemierzał tę drogę wiele razy wcześniej. Znał ją dobrze. Jednak coś mówiło mu, że to nie jest ta sama ścieżka między nadrzecznymi drzewami, że to nie to samo miejsce, które mijał w drodze na pastwiska. Coś się zmieniło w tej godzinie duchów, coś bezpowrotnie odkształciło rzeczywistość. I jego samego również.
 Kiedy dobrnął wreszcie na drugą stronę, poczuł ulgę. Cały ciężar, który niósł ze sobą, pochłonął nurt wody. Spojrzał za siebie, by upewnić się czy to wszystko dzieje się naprawdę, lecz dostrzegł tylko słabe refleksy księżyca przeglądającego się w ciemnej topieli. Po parcianym worku nie było już śladu. Odetchnął głęboko, otarł nerwowo zlane potem czoło i poszedł przed siebie. We wsi psy ujadały zawzięcie, roznosząc po okolicy echo piskliwego jazgotu.
 Dzień wstał duszny, upalny, jak to w lipcu. Już od wczesnych godzin porannych trudno było oddychać tą spiekotą. Nawet muchy zaprzestały typowego naprzykrzania, łażąc ociężale po resztkach wczorajszej kolacji, pozostawionej niechlujnie na stole. Obudził się w skotłowanej pościeli, która lepiła mu się do skóry. Odrzucił ją ze wstrętem i wyszedł na podwórze. Krowy ryczały głośno, jedna przez drugą, domagając się pożywienia. Postanowił jednak w pierwszej kolejności zmyć z siebie cały brud, który, miał wrażenie, zagnieździł się głęboko pod skórą, w każdym porze i zakamarku ciała. Wylewając na siebie pierwsze wiadro rześkiej wody, poczuł, jak bardzo bolą go mięśnie. Zauważył też kilka wyraźnych zadrapań, a na przedramieniu małą ranę, jakby ślad po ugryzieniu. Jasna koszula, porzucona niedbale obok cembrowiny, znaczona była tysiącami maleńkich czerwonych kropek, a także jedną większą plamą, podłużną, w miejscu, gdzie wytarł nóż. Przez chwilę zamajaczyła mu w falującym zwierciadle czyjaś twarz z szeroko otwartymi, jak do krzyku, ustami. Podniósł ze zroszonej trawy pozostawioną tu na noc butelkę i wypił połowę jednym haustem. Gdy skończył, oporządził bydło, na następnie wystawił przed ganek swoje jedyne krzesło, włożył w usta papierosa i odwiecznym zwyczajem zaczął czyścić noże. Rutyna jest przecież drugą naturą człowieka.


poniedziałek, 23 czerwca 2014

Ratunek


Coraz więcej takich dni, w których trzymam się papierosa, jak ostatniej deski ratunku.