poniedziałek, 13 lutego 2017

Bez cenzury


Jestem bardzo typową kobietą, na to wychodzi, że jestem, bo po dniu unoszenia się w oparach wysublimowanego romantyzmu (nie mojego, kompletnie wymyślnego i przekopiowanego z innego wątku) charczę pod ciężarem "kurwa mać, ja pierdolę, żeby to wszystko szlag jasny trafił", co wysublimowane już nie jest. Wszystko drażni, męczy, nie mogę się skupić, coś bym chciała, ale nie wiem co, coś mnie gna, coś trzyma, szamocę się jak zwierzę w klatce i wyję, bardziej w środku, lecz i tak strach podejść. I weź tu człowieku zrozum taką istotę...

niedziela, 12 lutego 2017

Mówcie mi - Wasza Wysokość


Zdarza mi się zauroczyć. I nie wiem nawet, czy chodzi o człowieka, historię, aktora, postać, atmosferę, emocje, potrzebę romantyzmu, tęsknoty, a może o coś jeszcze innego. Nie ma to chyba większego znaczenia. Bywa, że koloryzujemy życie, śnimy na jawie scenariusze z innych epok, innych czasów, i nie chcemy się obudzić... Przynajmniej przez kilka chwil.


 
 
Widocznie czasem trzeba być kimś więcej, niż tylko sobą. Dla własnego dobra. I wpatrywać się w zielone oczy Lorda M.
 

poniedziałek, 6 lutego 2017

Chciałabym być mądrzejsza


Chciałabym być mądrzejsza, szybciej, łatwiej chwytać strzępy informacji, robić z nich ładny ulepek, który rzeczywiście może mi się do czegoś przydać. Chciałabym być mądrzejsza, nie oczekiwać miłych słów, aprobaty, pochwały, od ludzi tak samo sfrustrowanych i niepewnych siebie, jak ja. Chciałabym być mądrzejsza, wiedzieć, czego chcę od życia, i, tak mniej więcej, jak zamierzam to osiągnąć. Chciałabym być mądrzejsza, nie zapominać, po co tu jestem, tu i teraz, czego się już nauczyłam, jakie lekcje odrobiłam, by już nie powtarzać niektórych rozczarowań. Chciałabym wiedzieć, jak znieść niewidzialny ciężar, jak podnosić się każdego dnia z łóżka, jak zachować godność, jak się nie bać. Chciałabym wiedzieć, jak to zrobić, by ktoś zostawił tu ślad po sobie, żeby nie było tak pusto i głucho.


niedziela, 5 lutego 2017

Hej, rybko!


Nim wpadła do wody, poczuła mocne uderzenie z tyłu. Nie miała pojęcia, co się stało, skąd ta ślepa siła, która tak bezpardonowo wrzuciła ją w mętny wir. Otoczył ją żywioł, pierwotny i bezkompromisowy, nie mogła złapać tchu. Zaskoczenie i panika – pierwsze wrażenia pojawiły się symptomatycznie, następnie - kompletna dezorientacja – a stabilny brzeg był zaledwie o kilka metrów, za daleko jednak. Mama spoglądała z troską na jej zmagania, opierając się o zdecydowane ramię taty.

- Płyń, rybko, płyń – mówiły jej przerażone oczy.

Ostatnim wysiłkiem woli, starała się pomyśleć logicznie. Szarpanina i nieustanne próby łapania powietrza, kolejny łyk, głowa coraz krócej utrzymująca się ponad taflą. Nim zamknęła się nad nią płaszczyzna wody, była przygotowana na nieuchronny… koniec?

***
Odzyskała świadomość dopiero kilka miesięcy później. Dzień był ciepły, słońce nieśmiało wyglądało zza pojedynczych, sinogranatowych chmur. Zanosiło się na deszcz. Szła ulicą, zostawiając za sobą drobne plamki na betonowych płytach chodnika. Ciągle jeszcze uchodził z niej nadmiar oczekiwań, ambicji, złudnych marzeń o górnolotnych, infantylnych abstrakcjach. Była głodna i zmęczona po pracy, a musiała jeszcze ugotować obiad, odpowiedzieć na ważne maile, podliczyć budżet domowy, zapisać się do dentysty na przyszły tydzień, przemyśleć nowy projekt, o który przecież sama się ubiegała, by zrobić wrażenie na szefie.
Czuła piasek pod powiekami, przygnębienie, drętwotę ciała i duszy. Lekki wietrzyk łaskotał jej spocone czoło i kark. Nie zauważyła pierwszych zielonych listków na przyulicznych drzewach, nie widziała mijanych, tak samo nieobecnych twarzy. Były anonimowe i wtórne, maskopodobne, wytłoczone klaustrofobicznym murze obojętności. Nie zauważała wielu szczegółów, odkąd wpadła w ten wir, w którym musiała nauczyć się pływać. Upragniona dorosłość nie mała wiele wspólnego z jej wyobrażeniem.
Kiedy w kieszeni zadrgał jej nowy telefon, przypominając o najważniejszych pod słońcem sprawach poważnych ludzi, przyspieszyła kroku, wpadając z impetem na przejście dla pieszych. Pisk opon - Wanda zawstydziła się swego gapiostwa. Oczywiście zmiany świateł też nie dostrzegła. Do mieszkania wróciła blada, prawie przezroczysta…

Zbierała siebie z podłogi, z fotela, z krawędzi stołu, z jakiejś krawędzi. Nie było tego dużo, nigdy nie było tego dużo. Jakieś fragmenty nierówne, niedopasowane, też do niczego. Do niczego. Ręce jej drętwiały, więc ściskała je kurczowo, te swoje obce ręce, takie ciągle nieporadne, niedokończone i bezbarwne. Więcej już nie trzeba było robić, bo cóż niby, skoro nie miało się nigdy złożyć do kupy tej figury niedorysowanej, skończonej w połowie, w jakiejś nieprecyzyjnej części czegoś, co nie stanowiło całości. Okruszyna z okruszka, takie nic, mniejsze od małego, maleńkiego, niczego. I czynność ta wcale nie przynosiła oczekiwanych rezultatów, zwyczajnie robiło się coś z przyzwyczajenia, z braku alternatyw, z litości odruchowej nad połamaną sobą. Jeszcze raz.
 

poniedziałek, 30 stycznia 2017

Rutynowe wizyty w czyśćcu


Przyniósł i rozłożył przed nią cały zestaw ostrych noży. Musiała być ostrożna, wiedziała, że za każde nieopatrznie wypowiedziane słowo, może spotkać ją kara i że on wcale nie będzie się długo zastanawiał. Wahanie się też nie stanowiło problemu, już raczej ciosy zadawane na oślep, której to skłonności nawet nie zauważał.


                                                                    Pier Toffoletti
 
Krzyk na „dzień dobry”, przeciągłe wycie, „kurwa mać, ja pierdolę”, „nie umiesz zdjąć tej cholernej czapki, kto tak robi?” – uginał się pod ciężarem świata, obowiązków, w które wkładał tyle energii, co w opowiadanie o nich: „kurwa, kurwa, kurwa”, aż do totalnego rozedrgania nerwów, jego i wszystkich wokół. Zawłaszczał całą przestrzeń z soczystą pretensją w głosie – „nie rozumiesz, ty nie masz takich problemów. Przeczytaj to, zobacz, może mi coś podpowiesz, no, mówisz prawie niegłupio”. Prawie – kolejne cięcie, to zabolało mocniej.
Bała się odezwać, przecież narzędzia tortur nigdy mu się nie kończyły. Bała się przyznać, że krwawi, że uchodzi z niej życie. Wiedziała, że jej skóra jest zbyt cienka, zbyt przezroczysta, by stawić opór. Odchodziła na jego oczach, kolejny raz, choć przecież on wcale nie patrzył.
Następnego ranka uniosła z pościeli martwe ciało. To nie zakrawało wcale na cud. W czyśćcu było pusto, jak zawsze. I cicho.
 

niedziela, 29 stycznia 2017

Eskapizm wieczorny


I wcale nie jest mi źle z tą samotnością. Zapadam się znów, gdzieś głęboko, solidnie się zapadam, aż do zupełnego zapomnienia, że można się nie zapadać.

Mam dzienniki Gombrowicza, dla otrzeźwienia umysłu, a dla popłynięcia opowiadania Hłaski i Stachury. U Stachury wyczytałam właśnie, że są dwa rodzaje patrzenia, patrzenie na coś i zapatrzenie, które nic nie widzi, które prowadzi na drugą stronę oczu, gdzie mieszczą się leje. I jak łatwo w tych lejach zatonąć, patrząc i nie widząc, co dzieje się wokół, bez przytomności, bez świadomości, że się jest w tym wszystkim, że to wszystko istnieje naprawdę, że cokolwiek istnieje naprawdę poza tymi lejami.

Jak często śmieją się ze mnie, jak to mnie nie widziałaś? - nie widziałam właśnie, patrzę i nie widzę, może widzę coś innego, ignorując to, czego widzieć nie chcę. Ale przecież nie sposób wytłumaczyć, a tłumaczenie (się) jest już zbyt wielkim ustępstwem wobec świata, jego części, która zrozumiałaby, gdyby potrafiła i chciała. Ale nie chce. I ja nie chcę. Więc sobie tak płynę dalej. I niech będzie. Przecież te chodniki, płyty, odrapane ściany budynków, śnieg pod stopami, nie są aż tak ciekawe. I ludzkie niezamyślenie wcale ciekawe nie jest. A jak trafi się, bo czasem się trafia, takie zamyślenie z prawdziwego zdarzenia, to owszem, dostrzegam, patrzę chciwie, podziwiam nawet i szanuję niezmiernie. I nie macham przed nosem rękoma i nie gdaczę z wyrzutem, że mnie nie widziało, to studium zamyślenia. I nie myślę, że robię coś nie tak. W kościele ludzie też modlą się po swojemu, w ciszy i skupieniu. Czy to wyraźniej zakreślona oczywistość?

Pewnie tylko eskapiści duchowi, mentalni, potrafią wyczuć niewidzialną granicę. Może. I choć wcale nie jest mi źle z tą samotnością, to nie mam już siły mówić do siebie, myśleć do siebie, być dla siebie i żałować za siebie. I opowiadać mnie samą dla siebie również.

Niedzielne popołudnie, prawie wieczór. Stachura napisał, że wieczór nie należy ani do dnia, ani do nocy. Należy więc tylko do samego siebie, jak ja.

piątek, 27 stycznia 2017

historia jaka jest, każdy widzi, i jaka nie jest, widać też


To nie jest kwestia ambicji, choć może trochę też, ale ponoć marnowanie swoich zdolności, mniejszych czy większych, to grzech. Zgadzam się z tym i próbuję nie zaniedbywać sprawności pisania. Wychodzi to różnie, każdy, kto przegląda blogi i poradniki w stylu - "Jak odnaleźć wenę" itp., wie o tym doskonale. To jest pewnego rodzaju potrzeba, która w pewnym momencie wiąże się ze strachem, że nie jesteśmy zbyt dobrzy, że nam nie wychodzi, lub wychodzi raz na jakiś czas, po czym presja rośnie jeszcze bardziej, i błędne koło gotowe. Nie miałam postanowień noworocznych, prócz tych pod hasłem "poradzić sobie", czyli bardzo ogólnych. Ale będę próbować, będę się starać, nawet, jeśli nikt tego nie zauważy. Bo jakże często tak właśnie jest. Nikt nie widzi wysiłku, a wszyscy widzą potknięcia.

A oto ciąg dalszy historii o niczym.

Każdy jej dzień wyglądał podobnie, wstawała skoro świt, rozpalała pod kuchnią, wstawiała wodę i ziemniaki dla kur, zlewała pomyje dla świń, przerzucała siano dla krów, potem je doiła. Izbę sprzątała późnym rankiem, najpierw bardzo starannie, z upływem lat, coraz pośpieszniej, bo po co, w końcu jej dom zaczął przypominać obejście starego kawalera. Gdy nastawiała obiad, była już zmęczona. Nie przyrządzała niczego specjalnego, wystarczyły jej gotowane kartofle z okrasą, byle zjeść coś ciepłego. Resztki wynosiła psu. Popołudniami szła do lasu po suche gałęzie, które taszczyła po śniegu w wielkiej płachcie. Latem najmowała kogoś z wozem, by przywieźć większe chojaki. Popołudnia schodziły na drobnych naprawach sprzętów, wieczory na cerowaniu wysłużonych ubrań i rozdzielaniu słodkiej i kwaśnej śmietany.
Jeszcze niekiedy patrzyła w niebo, słuchała odgłosów z dalekich przestrzeni, wiatru znad pól, dźwięków zapadającej w sen wioski. Wiedziała, że poddała się zbyt szybko. Wsiąkła w tę jątrzącą się bylejakością okolicę i rutynę zachowań, bez protestu. Chyba nie potrafiła być z ludźmi, tak po prostu, wolała zamknąć się w sobie, na cztery spusty, na amen, bez dostępu powietrza. Zapominała z wolna, jak wydobywać z sobie głos, dobierać słowa, odpowiadać na zwykłe pytania. Umierała każdego dnia, chwiejąc się jak podcięte drzewo, spychając w najciemniejszy kąt wszystkie te trwożne – a gdyby…
Przeczuwała jego nadejście. Dostrzegała znaki dużo wcześniej, nim się zjawił – poukładane w dziwne konstrukcje szczapy drewna, nerwowe gdakanie kur, pod którymi znalazła kukułcze jajo, rozsypany wokół domu popiół. Oczekiwała go niecierpliwie, choć domyślała się, że kiedy przyjdzie, wszystko się zmieni.
 
 
 
***
Był brudny i nosił łachmany. Zwykły chłop ze wsi – ze skrzywioną od mrozu twarzą, z niedopałkiem w ustach, w człapiących gumofilcach.
- Co jest na obiad? – zapytał po prostu.
- Jak zwykle, kartofle ze skwarkami – odpowiedziała tonem, który zbyt wyraźnie przypominał tłumaczenie się.
- Musisz się bardziej starać, opraw mięso – rozkazał, rzucając pod jej nogi jakieś niezidentyfikowane ochłapy. – Przyjdę za kilka dni. Bądź gotowa. To dopiero początek. Przyuczę cię – obiecał na odchodne z szyderczym grymasem ust.
***
Leżała na podłodze, która powinna być starannie umyta. A nie była. Zeschnięte okruchy ze stołu wbijały jej się w plecy, a pod łóżkiem walały się kłaki kociej sierści. To nie było dobre miejsce, by umrzeć. Myślała o tych wszystkich zaniechaniach i słabła coraz bardziej. Wszystko się skończyło, choć w tej właśnie chwili było jej żal zmarnowanych szans, których być może wcale nie było. Może prawdziwy był jedynie ten żal.
Kałuża krwi robiła się coraz większa. Czuła jej mdlący zapach, stygnącą wilgoć w miejscach, gdzie ciało stykało się z deskami. Woń dymu drażniła jej nozdrza, jakby miało to jeszcze jakieś znaczenie.
- To niemożliwe – przyszło jej do głowy, choć przecież wszystko, co robiła ciągnęło ją w dół, dokładnie do poziomu tej brudnej podłogi.
***
W kościele było tylko kilka osób. Wybrała dzień powszedni i popołudniową porę, żeby nie natknąć się na zwyczajowy korowód cieni – ładnie ubranych, z przyklejoną maską wysublimowanej, czy raczej wystudiowanej, niedzielnej świętości. Gdy włożyła palce do święconej wody, coś jak ukłucie przeszyło jej dłoń. Cofnęła ją szybko i oblizała krople krwi.
Świece ustawione przed ołtarzem rzucały na wnętrze słabe światło. Ten rozmodlony półmrok zdawał się odłączać duszę od ociężałego ciała w rejony, gdzie istniała tylko ludzka wina. Jej wina. Oczy ukrzyżowanego Chrystusa przewiercały ją na wylot, jakby nie istniała żadna bariera, żadna ściana, mur, okowa, poza którymi mogłaby się schować. Bo nie istniała. A jej dusza była brudna, zaniedbana i godna politowania. Ale nie było w niej skruchy. Był za to żywy gniew.